środa, 24 marca 2010

Kuguar - drapieżny kot

Dzisiaj pierwszy wpis z kategorii "modelarstwo samochodowe". Modelarstwem samochodowym zainteresowałem się sporo później niż pozostałymi gałęziami modelarstwa, bo dopiero w 2001 roku. Zainteresowałem się wtedy amerykańskimi "Muslce Cars", samochodami o potężnych silnikach, sportowej stylistyce, krzykliwych kolorach i chromowanych wykończeniach, charakterystycznych dla wspaniałej epoki w historii amerykańskiej motoryzacji obejmującej lata od połowy 50 do początkowych lat 70. Fascynacja, która trwa do dzisiaj została rozbudzona przez serię programów emitowanych na antenie telewizji Avante w latach 2001/02 (swoją drogą bardzo ciekawa stacja, która później zniknęła z oferty kablowej UPC). Jak dobrze pamiętam pierwszy model takiego samochodu zakupiłem w grudniu 2001 roku, skala 1:18, stopniowo starałem się nabywać coraz wierniejsze repliki z masą ciekawych detali. Dzisiaj chciałem przedstawić mój najnowszy model czyli Mercury Cougar rocznik 1967 oczywiście w skali 1:18. Model wyprodukowany przez firmę Sun Star, która jeszcze jakiś czas temu produkowała modele na co najwyżej średnim poziomie. Od około 6 lat firma znacznie poprawiła jakość modeli, wypuściła również serię modeli z naciskiem położonym na jak najwierniejsze odtworzenie detali. Opisywany model należy właśnie do takiej serii i przedstawia samochód w wersji wyścigowej występującej w wyścigach Trans-Am (Trans-American Series). Nim przejdę do opisu modelu, słów kilka o marce Mercury i pierwszym Kuguarze oraz wyścigach Trans-Am.

Mercury to marka Ford Motor Company, tak jak General Motors posiadał Chevroleta, Pontiaca, Oldsmobile'a czy Buick'a, Chrysler był właścicielem Dodge'a i Plymouth'a, tak FMC posiadał Forda, Mercury i Lincolna. Marka Mercury nie jest zbyt znana w naszym kraju. Za oceanem miała jednak wielką renomę, produkowała piękne, mocne, luksusowo wyposażone samochody. Sztandarowym osiągnięciem tej firmy jest Kuguar (Mercury Cougar), który debiutował na rynku motoryzacyjnym w 1967 roku. Samochód odznaczał się drapieżną stylistyką nadwozia, chowanymi w przednim grillu światłami, luksusowym wykończeniem wnętrza oraz znakomitymi osiągami. Warto zaznaczyć, że seryjnie produkowane Kuguary były wyposażone nawet w 7 litrowy fordowskie silniki V8 o mocy 390 koni mechanicznych. Premiera okazała się dużym sukcesem, w pierwszym roku produkcji sprzedano ponad 150893 egzemplarzy, kupującymi byli głównie młodzi ludzie z bogatych domów oraz kobiety i mężczyźni do lat 35. Na dobrą sprzedaż modelu wpłynęły wyżej wymienione zalety oraz nazwa i symbol drapieżnego kota na karoserii. Samochód miał być konkurencją dla podobnych samochodów innych koncernów, doszło jednak również do konkurencji w ramach Ford Motor Company. Przeciwnikiem okazał się być Ford Mustang, legendarny samochód i symbol okresu "Muscle Cars". Rywalizację pod względem liczby sprzedanych samochodów Kuguar przegrał (ok 110-140 tyś. egzemplarzy na rok przez 4 lata) z Mustangiem (kilka milionów sprzedanych egzemplarzy). Warto zaznaczyć, że wynik Kuguara był i tak bardzo dobry, samochód trafiał głównie do bogatych nabywców w przeciwieństwie do Mustanga który był raczej samochodem dla średnio zamożnych. Kuguar wygrał jednak z Mustangiem na dwóch zupełnie innych płaszczyznach, po pierwsze przez większość krytyków i znawców motoryzacji to właśnie on a nie Mustang jest uważany za konstrukcję przełomową, niemal klasyczną, powinien być symbolem tamtego okresu. W pełni się do takiego stanowiska przychylam.

Do prawdziwego starcia doszło na torze w ramach serii wyścigów Trans-Am. W wyścigach tych startowały samochody określane mianem "Pony Cars". Cechy wspólne samochodów startujących w tych wyścigach: wielkość samochodu nieco mniejsza niż największe krążowniki, czyli samochody i tak większe od dzisiaj jeżdżących po ulicach, potężny silnik V8 oraz jedna para drzwi. Wszystkie startujące samochody były pojazdami spotykanymi na co dzień na drodze. Kuguara oraz Mustanga reprezentowały zespoły fabryczne oraz wystawione przez oficjalnych dealerów. Na drapieżnych kocurach wystartowali: znakomity kierowca Dan Gurney, Parnelli Jones (samochody fabryczne), Allan Moffat, Dave Tatum, Bill Pendleton i inni. Przez cały sezon Kuguary prowadziły w klasyfikacji, Mustangi deptały im po piętach. Tak dobra postawa Kuguarów była dużym zaskoczeniem. FMC wcale nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy, ich sztandarowy produkt (Mustang) przegrywał z Kuguarem. W wyniku wewnątrz koncernowych rozgrywek w Ford Motor Company, Kuguary miały oddać zwycięstwo Mustangom. Tak się też stało, na jednym z ostatnich wyścigów jeden z dwóch prowadzących w klasyfikacji Kuguarów miał pozorowaną awarię. Zwycięstwo w całej serii przypadło Mustangowi (64 punkty) przed Kuguarem (62 punkty). Najlepszym kierowcą został Jerry Titus (Mustang). Tym sposobem Mustang jest samochodem znanym ogółowi, Kuguar na zawsze pozostał w cieniu. Następne dwa lata były jednak dla FMC gorzką pigułką, osłabiono specjalnie samochody Mercury by nie stanowiły zagrożenia dla Mustangów. Ruch taki okazał się strzałem w stopę, Mustangi nie sprostały słynnym Chevroletom Camaro w sezonach 1968 oraz 1969 a FMC nie miało nic innego by się im przeciwstawić. W 1971 roku zginął w wypadku samochodowym ustawiany zwycięzca z 1967 roku Jerry Titus. Los zatoczył koło i ukarał winnych szwindlu.


Powróćmy jednak do modelu. Samochód w malowaniu dealera Mercury - Burien z Seattle. Nazwa dealera to po prostu nazwa dzielnicy Seattle. Numer boczny "14", na samochodzie tym startowali między innymi Dave Tatum oraz Bill Pendleton. Oryginalny samochód przetrwał do dzisiejszych czasów. Model posiada masę pięknych bajerów: wspaniale wykonane felgi, wspaniały lakier (tak piękny i lśniący, że podczas fotografowania odbijały się w nim nawet firanki i faktura drewnianej szafki :)), bardzo fajnie odtworzona kabina (sportowy fotel, klatka bezpieczeństwa, pasy, gaśnica, skrzynia biegów, wszelkie zegary i wskaźniki), bardzo dobre wrażenie robią również wszystkie chromowane elementy. Silnik to prawdziwe arcydzieło, pięknie odwzorowany. Całość uzupełniają gumowe opony oraz wszelkie plakietki na karoserii. Jedynym mankamentem modelu jest paradoksalnie piękny lakier, na którym widać nawet najmniejsze drobinki kurzu, już w chwilę po czyszczeniu pędzelkiem oraz szmatką z mikrofibry. Odnośnie dostępności modelu w naszym kraju, to był okres, że model można było dostać w internetowych sklepach modelarskich (jesień/zima 2009), teraz jego zakup graniczy z cudem. Jedynym rozwiązaniem dla chętnych zakupu jest eBay, tam model jest jeszcze dostępny ale trzeba się liczyć z wydaniem grubo ponad 200 zł nie licząc jeszcze wysokich kosztów przesyłki.













piątek, 19 marca 2010

Wszystko gra

Dzisiaj kolejny wpis z kategorii "Kino jest sztuką". Film Woody'ego Allena "Wszystko gra", obraz bardzo ciekawy ze względu na tematy w nim poruszane, najpierw może poświęcę trochę miejsca obsadzie aktorskiej oraz streszczę fabułę by później móc odnieść się do konkretnej tematyki. Głównego bohatera Chrisa Wiltona zagrał Jonathan Rhys Meyers - aktora o bardziej szelmowskiej twarzy i spojrzeniu narkomana chyba nigdzie nie znajdziecie, dlatego znakomicie pasował do tej roli. Swoją drogą to jest to aktor bardzo średnich lotów, samo to, że obsadzono go w roli Henryka VIII spowodowało że zrezygnowałem z oglądania "Dynastii Tudorów" już po pierwszym odcinku :). Drugą ważną rolę zagrała w tym filmie Scarlett Johansson (Nola Rice), to już trzeci film z jej udziałem jaki widziałem (po "Między słowami" oraz "Amerykańskiej rapsodii") muszę przyznać, że jest znakomitą aktorką i w odróżnieniu do większości plastikowych aktorek wynoszonych na piedestał, ma prawdziwy talent aktorski, do tego jest naturalnie piękna w odróżnieniu np od całkowicie aseksualnej Penelope Cruz nad którą tyle ochów i achów. Z aktorów drugiego planu należy wyróżnić Briana Coxa znanego chyba najbardziej ze znakomitej roli w "Norymberdze" gdzie wcielił się w postać marszałka Rzeszy Hermana Goeringa oraz Jamesa Nesbitta znanego ze znakomitej roli w "Krwawej niedzieli". Film sygnowany jest jako romans, dramat i thriller, ale nie jest to infantylny romans ale obraz o bardzo głębokim przesłaniu. Film o szeroko rozumianym szczęściu, fuksie, farcie czy jak to tam nazwiecie oraz o cwaniactwie wypranym całkowicie z jakichkolwiek zasad moralnych. Dziwne, że jest to chyba pierwszy film tak głęboko poruszający tą tematykę, widać ludziom bardzo trudno przyznać się, jak wiele zależy od szczęścia a nie od umiejętności, wiedzy, wykształcenia czy kompetencji, jak naprawdę ma się niewielki wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. Pewnie wielu się wydaje, że są Panem i władcą sytuacji i że wszystko jest pod ich najlepszą kontrolą, powtarzam to tylko iluzja :) Cała niemoc i bezradność wychodzi przy pierwszym zderzeniu człowieka z biurokracją, fatalnym zrządzeniem losu, cwaniactwem czy też protekcją. W dzisiejszych czasach nie wystarczy być bardzo dobrym czy dobrym, tylko wybitnym w przeciwnym razie bez szczęścia lub znajomości jest bardzo trudno. Wracając do fabuły: młody Irlandczyk Chris Wilton (Jonathan Rhys Meyers) były zawodowy tenisista, obecnie instruktor tego "sportu" (mój stosunek do pseudosportów typu tenis, golf czy polo jest chyba raczej znany, są to gry dla snobów) znajduje zatrudnienie w londyńskim klubie tenisowym. Wkrótce zaprzyjaźnia się z Tomem Hewettem członkiem arystokratycznej rodziny, której głowa (wspomniany Brian Cox) zajmuje się pomnażaniem pieniędzy. I tak przez tą znajomość Chris poznaje siostrę Toma, Chloe Hewett, która jest zafascynowana osobą młodego instruktora tenisa. Chris wykorzystuje sytuację i wiąże się z Chloe, miłością tego nazwać nie można, widać, że istotną rolę odgrywają tu perspektywy i pieniądze jakie z tego wynikają - nie ma to jak duże "możliwości" :) Dochodzi do ślubu, nowy członek rodziny dostaje ciepłą i dobrze płatną posadkę w biurze firmy prowadzonej przez ojca Chloe (kolejny paradoks dzisiejszych czasów, posada jak najbardziej w zasięgu możliwości intelektualnych Chrisa, głąbem kapuścianym nie był, ale jednak realnie nie osiągalna dla człowieka z ulicy i bez koneksji - jakim jeszcze niedawno był). Zapomniałbym, jeszcze trochę wcześniej Chris poznaje partnerkę Toma, Nolę Rice (Scarlett Johansson), początkowo tych dwoje połączy pożądanie i seks. Później połączy ich miłość i jeszcze coś :) i tu może zakończę moje opowiadanie na temat fabuły bo i tak już sporo powiedziałem a nie chciałbym zdradzać dalszych losów głównego "bohatera". Mogę jedynie powiedzieć, że najciekawszy fragment filmu jest dopiero przed wami. Chris dopuści się haniebnego czynu ale szczęście (temat tego filmu) dopisze mu aż dwukrotnie, dla mnie główny "bohater" to zwykła szuja, śmieć i tchórz. I na koniec warto sobie zadać pytanie, którą z Pań byście wybrali w takich okolicznościach (bynajmniej nie chodzi mi urodę) tylko o cały kontekst. Odpowiedź wydaje się jasna i na pewno zupełnie inna niż wybór bohatera. Dla tych którzy wybraliby Chloe jedna porada, proszę niezwłocznie zgłosić się do psychiatry :) Podsumowując film bardzo dobry, plus za problematykę oraz bardzo dobry scenariusz i reżyserię Woody'ego Allena, liczne nawiązania do "Zbrodni i kary" Fiodora Dostojewskiego, krytyka snobistycznych bogaczy oraz osób, którym zupełnie przypadkiem udało się dostać do takiego środowiska i które zrobią absolutnie wszystko by nie stracić swojej pozycji. Film o tym jak wcale nie tak rzadko kłamstwo i mistyfikacja wygrywa w życiu. Moja ocena: 8/10.

poniedziałek, 15 marca 2010

Sherman Mk.V "Tulip" - Dragon Armor 1:72

Dzisiaj pora na oponenta dla dwóch wcześniej opisanych niemieckich konstrukcji, - Shermana Mk.V "Tulip". Słów kilka o nazwie "Tulip" czyli tulipan. Wersja "Tulip" czołgu Sherman to brytyjski Sherman Mk.V z zamontowanymi na dwóch stalowych prowadnicach rakietami RP-3 (60-pdr SAP) - takimi samymi w jakie wyposażone były samoloty szturmowe RAF-u, takie jak Hawker Typhoon czy Hawker Tempest. Rakiety te służyły do niszczenia czołgów, umocnionych punktów oporu, pojazdów oraz siły żywej. Nazwa tulipan wzięła się właśnie od tych rakiet, których kształt głowicy przypominał główkę, kwiat nierozwiniętego jeszcze tulipana. Czołgi z takimi rakietami pojawiły się dopiero pod koniec wojny i trafiły na wyposażenie elitarnej brytyjskiej Coldstream Guards. Z tego co mi wiadomo to jednostka ta była jedyną wyposażoną w "Tulipany". Model z serii Dragon Armor przedstawia czołg w malowaniu 1 batalionu pancernego wyżej wymienionej jednostki z okresu forsowania Renu w 1945 roku i późniejszych walk na terenie III Rzeszy aż do czasu zakończenia działań wojennych w Europie. Sherman pomalowany jest standardowym oliwkowym kolorem brytyjskiej armii. Model jak zwykle już dla Dragona trzyma bardzo wysoki poziom wykonania, bardzo dobrze prezentuje się geometria modelu, znakomicie wykonane przetarcia, zabrudzenia oraz ślady eksploatacji. Warto zwrócić uwagę na doskonale odwzorowaną fakturę odlewanej wieży. Model posiada wszystkie oznaczenia jednostki oraz numery identyfikacyjne. Uzbrojenie prezentuje się imponująco, działo, karabin maszynowy i rakiety na prowadnicach wyglądają znakomicie. Sherman Mk.V "Tulip" okazał się udaną konstrukcją, zamontowanie rakiet pozwoliło nawiązać równorzędną walkę z Panterami oraz zwiększało szansę załogi na przeżycie w konfrontacji z Tygrysem. Odnośnie dostępności modelu na rynku, to z tego co pamiętam Dragon wydał dwa "Tulipy" (z tej samej jednostki CG - różniły się numerami) w listopadzie bądź grudniu 2007 roku. Mimo, że od premiery minęło już trochę czasu, to produkt można z powodzeniem dostać jeszcze w internetowych sklepach modelarskich (bardzo duża liczba wyprodukowanych modeli). Zdjęcia robione z użyciem lampy błyskowej w celu lepszej ekspozycji detali.










"tulipanowe rakiety"

środa, 10 marca 2010

Szwajcaria - ostatni w Europie kraj ludzi racjonalnie myślących ?

Jak w temacie - "Szwajcaria - ostatni w Europie kraj ludzi racjonalnie myślących ?" Tak, jak najbardziej. Dlaczego? A no dlatego, że w Europie, która coraz bardziej pogrąża się w maraźmie, odchodzi od swojego romańskiego dziedzictwa kulturowego, Szwajcaria jawi się jako ostatni europejski bastion w którym prawdziwi biali Europejczycy dają odpór tendencjom ogarniającym stary kontynent. O czym mowa? O ogólnoeuropejskiej ekspansji wyznawców islamu oraz innych emigrantów chcących narzucać swoje prawa rodowitym mieszkańcom krajów do których przybywają. Niemal cała zachodnia Europa przeżywa ciągłą ekspansję emigrantów, którzy w ogóle nie należą do naszej kultury i nie są w stanie uszanować europejskich obyczajów. Prym wiedzie oczywiście Francja z całą masą muzułmanów z Algierii, Maroka oraz czarnymi z pozostałych byłych kolonii francuskich, następna w kolejności Wielka Brytania, która coraz bardziej traci anglosaski charakter stając się prawdziwym zbiorowiskiem Pakistańczyków, Hindusów i innych. Podobne tendencje można zaobserwować w Niemczech (kilka milionów Turków), Holandii (80% rodowitych Holendrów, wartość ciągle spada), Włoszech (rosnąca liczba Libijczyków) ale również w krajach skandynawskich: Norwegii, Danii i Szwecji. Największe niebezpieczeństwo niesie ze sobą prawo szariatu, które muzułmanie na razie bezskutecznie próbują wprowadzić w krajach do których przybywają w coraz większej liczbie. I tym momencie dochodzimy do Szwajcarii, w której w październiku 2007 roku wybory parlamentarne wygrała skrajnie prawicowa Schweizerische Volkspartei - Szwajcarska Partia Ludowa (SVP) - poprawiając swój wynik ze zwycięskich wyborów z 2003 roku. Uzyskała ona najwyższy wynik jaki od 1919 r. zdobyło indywidualne ugrupowanie w Szwajcarii. Wyniki wyborów w Szwajcarii zostały okrzyknięte przez lewicową prasę jako zagrożenie dla demokracji w tym państwie. Zarzut dość ostry i wydawałoby się absurdalny zważywszy na fakt, iż Szwajcaria uważana jest za najstabilniejszą demokrację świata, w której instrumenty bezpośredniego udziału obywateli w stanowieniu prawa stoją na najwyższym poziomie. Przewodniczący partii Toni Brunner postulował między innymi zakaz budowy minaretów przy meczetach. Sprawa znalazła rozwiązanie w zakazie ich budowy. O wprowadzeniu zakazu zdecydowało krajowe referendum z listopada 2009 r. w którym 60% Szwajcarów opowiedziało się za zakazem budowy minaretów. Trzeba przyznać, że to bardzo dobry zakaz, po pierwsze minarety nie będą w przyszłości górowały nad krajobrazem tego pięknego kraju. Ograniczy to również rozprzestrzenianie się innych graficznych elementów szariatu, włącznie z noszeniem burek w miejscach publicznych przez muzułmańskie kobiety. W przepisie o zakazie budowy minaretów wykorzystano przepis prawny o ochronie charakteru architektonicznego kraju co jeszcze bardziej wzmocniło postulat wprowadzenia zakazu. Przepisy o zagospodarowaniu przestrzennym nie dawały gwarancji, że nie dojdzie do nieodwracalnych zmian w charakterze aritektonicznym kraju Helwetów, dlatego zakaz przeforsowany w referendum należy uznać za przejaw najgłębszego dbania o interesy kraju.

Trudno sobie wyobrazić meczet z minaretem w takim miejscu.

Jak można się było spodziewać reakcja świata islamu, była niewspółmierna. Większość państw muzułmańskich natychmiast potępiło działanie rządu Szwajcarii. Najgłośniej protestowała cała masa wszelkiego rodzaju "oszołomów": Wielki mufti Egiptu, Ali Gomaa nazwał zakaz „obrazą" dla muzułmanów na całym świecie. Terrorysta (trzeba nazywać po imieniu) Muammar al-Kaddafi zdecydowanie zaatakował Szwajcarów grożąc embargiem, wezwał kraje muzułmańskie do bojkotu szwajcarskich produktów. Groźby Kaddafiego są po części zemstą za aresztowanie jego syna za ekscesy jakich dopuścił się na terytorium Szwajcarii. Przywódca Libii wystąpił również z wnioskiem do ONZ o dokonanie rozbioru Szwajcarii pomiędzy Niemcy, Włochy i Francję :) Tak buńczuczne i zdecydowane reakcje najlepiej świadczą o tym, że głównym celem muzułmanów jest islamizacja całej Europy. Jest to również kolejny przejaw mieszania się islamu w wewnętrzne sprawy niepodległego państwa i demokratycznych decyzji w nim podejmowanych.

Prasa europejska, głównie niemiecki "Der Spiegel" oraz "Bild" poparły wyniki referendum. Bild napisał:

"Minaret nie jest tylko symbolem religii, ale całkowicie odmiennej kultury. Duże części świata islamskiego nie podzielają naszych podstawowych wartości europejskich: dziedzictwa Oświecenia, równości mężczyzny i kobiety, rozdziału kościoła i państwa, systemu sprawiedliwości niezależnego od Biblii lub Koranu i odmowy narzucania własnych przekonań innym "ogniem i mieczem". Inny czynnik, który prawdopodobnie wpłynął na głosy Szwajcarów: nigdzie życie chrześcijan nie jest trudniejsze niż w krajach islamskich. Ci, którzy sami są nietolerancyjni, nie mogą oczekiwać bezgranicznej tolerancji od innych".

Plakat zachęcający do poparcia wprowadzenia zakazu budowy minaretów.

Mam wielką nadzieję, że zmiany w Szwajcarii są dopiero początkiem walki z postępującą islamizacją Europy. Kolejnymi postulatami SVP jest całkowity zakaz noszenia burek przez kobiety muzułmańskie w miejscach publicznych oraz wprowadzenie zakazu przymusowych małżeństw i honorowych morderstw. Lider holenderskiej PVV Geert Wilders zapowiedział zorganizowanie podobnego referendum w Holandii. Włoska prawicowa Liga Północna może liczyć na bezdyskusyjne zwycięstwo w referendach regionalnych w regionach Lomabardia i Wenecja. Jestem może naiwny, ale wierzę jeszcze w starą Europę.

piątek, 5 marca 2010

King Kong vs. Godzilla

Dzisiaj coś z zupełnie innej beczki, japoński film z 1962 roku "King Kong vs. Godzilla" :) Film obejrzałem przez przypadek, zamiast cyklu "Ale Klasyczne" telewizja Ale Kino! przygotowała na marzec cykl czterech filmów "Ale Kino vs Godzilla" co było dla mnie niemiłym zaskoczeniem. Mimo, że nie jestem wielbicielem filmów Sci-Fi, postanowiłem obejrzeć wyżej wymieniony obraz w celach czysto poznawczych :) Wiekopomne starcie gumowych gigantów wyprodukowała wytwórnia TOHO, reżyserował Ishiro Honda, twórca oryginalnej "Godzilli". Przejdźmy jednak do fabuły, która jest tak niedorzeczna, że ograniczę się zaledwie do krótkiego opisu: dwóch naukowców transportuje King Konga z Wysp Salomona na wyspy japońskie, w międzyczasie Godzilla budzi się z hibernacji na Arktyce i podąża w stronę Japonii, reszty można się łatwo domyślić. Cały film to jedna wielka żenada, ma się wrażenie, że oglądamy film nakręcony przez pensionariusza domu wariatów: na planie widzimy dwóch aktorów przebranych w gumowe stroje toczących ze sobą walkę, niszczących kartonowe makiety budynków, miotających dziecięcą kolejką elektryczną, wszystko to jest na domiar złego fatalnie sfilmowane co jeszcze bardziej pogłębia negatywny odbiór. Twórcy na siłę chcą nam wcisnąć kit, że jesteśmy świadkami wielkiego starcia gumowego jaszczura z włochatym małpiszonem. Oglądając ten film musicie wiedzieć, że wystawiacie swój zmysł estetyczny na niszczące działanie braku estetyki tego obrazu, dodatkowo może ucierpieć wasz zdrowy rozsądek ponieważ film jest całkowicie irracjonalny, tak bardzo, że na twarzy maluję się jedynie uśmiech politowania. Warto wspomnieć, że w tej "superprodukcji" występuje jeszcze jeden potwór - gigantyczna ośmiornica, która zresztą dostaje łomot od King Konga :) Trudno w tym filmie znaleźć jakiekolwiek plusy, na uwagę zasługuje jedynie kuriozalna scena przy której strzelałem salwami śmiechu - King Kong wpycha w paszczę Godzilli przed chwilą wyrwane drzewo, próbując udusić jaszczura. Scena przywiodła mi na myśl dziwne skojarzenia ze zdenerwowaną matką próbującą nakarmić swoje dziecko zdrowymi brokułami :) Podsumowując "King Kong vs. Godzilla" to kicz w najgorszym wydaniu, zdecydowanie odradzam, strata czasu. Seans obowiązkowy jedynie dla koneserów wszelkiego rodzaju filmowych kuriozów i dziwactw takich jak "Atak ludzi grzybów" i tym podobne. Moja ocena: 1/10

piątek, 26 lutego 2010

Tygrys z SS sPzAbt 101 - Dragon Armor 1:72

Dzisiaj jeden z moich pierwszych modeli z serii Dragon Armor, zakupiony jeszcze w 2004 roku, słynny Tygrys i do tego ze słynnego SS sPzAbt 101 (101 Batalionu Czołgów Ciężkich SS) w którym walczył niemiecki as pancerny Michael Wittman. Model w malowaniu z okresu walk batalionu w Normandii w 1944 roku. Numer boczny 231, czołgiem dowodził SS-Standartenoberjunker Heinz Belbe. Pojazd późnej wersji produkcyjnej ze stalowymi kołami, pokryty zimmeritem, kamuflaż trójbarwny - standardowy podkład żółto-piaskowy oraz nieregularne plamy koloru zielonego oraz rdzawo-brązowego. Białe godło jednostki z przodu na prawej stronie pancerza, z tyłu na lewej. Na wieży numer identyfikacyjny, koloru czerwonego w białej obwódce. Liczne wyposażenie: liny holownicze, łopaty, siekiera, młot, wyciągarka. Piękny model tego niszczycielskiego czołgu, na szczególną uwagę zasługuje wspaniale odwzorowany zimmerit, pokryte rdzą i błotem gąsienice oraz znakomicie wykonane 88 mm działo. Model już trudno dostępny na rynku modelarskim, można czasami trafić na niego na aukcjach Allegro bądź eBay-u. Zdjęcia robione z użyciem lampy błyskowej w celu lepszej ekspozycji detali.



czwartek, 18 lutego 2010

Lęk przed Bogiem

Ostatnio za pośrednictwem telewizji Ale Kino! miałem okazję obejrzeć film "Lęk przed bogiem", obraz produkcji tureckiej, opowiadający historię niejakiego Muharrema, dozorcy w firmie zajmującej się sprzedażą worków. Główny bohater należy do bractwa (jakich wiele w świecie islamu), wkrótce zostaje wezwany przed oblicze imama, który powierza mu odpowiedzialną funkcję pobierania czynszów i należności z nieruchomości będących źródłem utrzymania i funkcjonowania religijnej społeczności. Muharrem otrzymuje luksusowy samochód z szoferem, nowe garnitury, wszystko by lepiej reprezentować bractwo. Początkowo wywiązuje się ze swoich obowiązków, później zaczynają nachodzić go coraz większe wątpliwości, powoli wychodzi całe zakłamanie religii oraz łamanie jej nakazów tylko w celu uzyskania większych środków finansowych na korzyść bractwa. Muharrem jako osoba wierząca ale niezbyt inteligentna, dodatkowo pozbawiona wolnej woli nie może pogodzić się z takim stanem rzeczy, powoli popada w obłęd. Bezwolność głównego bohatera oraz jego marny intelekt jest aluzją do całego świata islamu, który w głównej mierze opiera się na braku własnej woli oraz prymitywności otępiałych, fanatycznych wyznawców. Oglądając ten film nabrałem jeszcze większej niechęci i pogardy dla Islamu, religii uzurpującej sobie prawo do jedynej prawdziwej, właściwej wiary, zwalczającej innowierców. Mimo że film jest głosem mniej radykalnej części tureckiego społeczeństwa oskarżającej radykalizm Islamu, uważam, że w Europie nie ma miejsca dla tej wiary. Islam to religia nienawiści, której nie wiedzieć czemu głównym celem jest zniszczenie wszystkich pozostałych. Wiem, że pewnie niektórym czytającym ten tekst, przyjdą na myśl wyprawy krzyżowe organizowane przeciw wyznawcom Allaha, jako główny powód nienawiści do ludzi cywilizacji zachodu. Należy jednak wziąć pod uwagę, że tereny zajęte przez Islam (np Jerozolima) były wcześniej w posiadaniu chrześcijan (były ważne dla wyznawców Chrześcijaństwa i Judaizmu). Była to wiec odpowiedź na niepohamowany apetyt Islamu na wcielanie nowych ziem pod swoje zwierzchnictwo. Podobnie miała się rzecz z rekonkwistą, która uratowała dla Europy Półwysep Iberyjski. Należy raczej wyrazić wielki żal, że krucjaty nie starły na pył wyznawców "jedynej słusznej wiary" :). Upadek idei krucjat zaowocował w późniejszym czasie zdobyciem Konstantynopola i upadkiem Cesarstwa Bizantyjskiego, kilkoma słynnymi bitwami gdzie starły się siły chrześcijańskiej Europy z silami Islamu (Warna 1444, dwie bitwy wiedeńskie - 1529, 1683), dostaniem się znacznej części Bałkanów pod wpływ Turków, rozpadem Węgier po bitwie pod Mohaczem w 1526 roku. Wróćmy jednak do samego filmu i głównego bohatera. Jak już wcześniej napisałem Muharrem nie jest zbyt inteligentny, przejawia się to miedzy innymi, tym, że nocne polucje oraz towarzyszące temu sny erotyczne tłumaczy sobie jako kuszenie szatana oraz grzech a nie jako wynik bardzo długiej abstynencji seksualnej oraz fizjologiczny odruch organizmu mający na celu rozładowanie napięcia seksualnego oraz pozbycia się nadmiaru nasienia. Jest to kolejny dowód na to jak wielki wpływ ma Islam, którego nauki uważane są za prawdy objawione, a naukowo potwierdzone fakty są negowane tylko dlatego, że stoją w opozycji do religii. Odnośnie symboliki w filmie to warto zwrócić uwagę na postać diabła - mężczyzna kupujący worki (postać w ludzkim ciele, ale to bez wątpienia wysłannik piekieł), wystarczy tylko zwrócić uwagę na to co mówi i jaka sytuacja jest z nim związana. Dodatkowo diabeł ponawia próbę, by wzbudzić jeszcze większy zamęt w umyśle bohatera (nie łatwa to próba). Oglądając film zauważyłem, że religia w tym obrazie jest bardzo daleko od człowieka, nie zajmuje się problemami duchowymi, różnymi zmartwieniami ludzi, biedą, jest religią dla religii, człowiek jest na dalszym planie. A przecież nie o to chodzi w religii, w tym wypadku nie wskazuje ona prawidłowej drogi, stwarza tylko kolejne przeszkody i coraz bardziej osacza. Bohater żyje tylko religią a nie własnym życiem. I tu znajdujemy odpowiedź skąd się biorą religijni radykałowie, ortodoksi, fanatycy i dewoci, których wolna wola została już dawno stłamszona. Napisałbym jeszcze sporo ale już mnie palce bolą od stukania w klawiaturę, więc przejdźmy do zakończenia. Podsumowując otrzymujemy dobry film, na pewno wart świeczki, dodatkowo poruszający ciekawy temat, tego czym naprawdę jest Islam (sami sobie odpowiedzcie). Moja ocena: 7/10

sobota, 13 lutego 2010

BioShock 2

Dzisiaj pierwszy wpis z kategorii "gry komputerowe". Wpisy z tej kategorii nie będą dotyczyły oceny gry pod kątem grywalności czy grafiki tylko raczej zawartości pudełka, instrukcji, wszelkich zagadnień związanych z aktywacją itp. Na początek BioShock 2, którego niedawno nabyłem. Gra jest kontynuacją bestsellerowego - Bioschocka wydanego w 2007 roku. BioShock został bardzo dobrze odebrany przez media mainstreamowe głównie ze względu na kwestie wyborów moralnych, fabułę i sposób przedstawienia podwodnej antyutopii. Fabuła drugiej części toczy się 10 lat później niż w jedynce, pojawiają się nowe postacie takie jak "Wielka Siostra", całość jednak nadal nawiązuje do wydarzeń przedstawionych w pierwszej części. Grę zamówiłem w preorderze u polskiego wydawcy, w sklepie firmowym Cenegi. Zamówienie złożone jeszcze w początkach stycznia dlatego gra dotarła do mnie w dniu premiery czyli 9 lutego. Z tego co wiem to na dostanie gry w terminie nie ma szans, gdy zamówienie jest złożone np tydzień przed premierą. Wynika z tego, że dostarczenie przez Cenegę gry na czas jest w dalszym ciągu problemem, zresztą sytuacja u innych polskich wydawców wcale nie jest lepsza (raz przyjdzie w dniu premiery raz znacznie po). To informacja głównie dla ludzi niecierpliwych, do których nie należę :) Odnośnie wersji gry to omawiana tutaj jest wersją tradycyjną: pudełko DVD, instrukcja, płyta DVD z grą oraz upominek dodawany do gry zamówionej w preorderze czyli figurka Little Sister. Figurka dodana to standardowej wersji jest na pewno miłą niespodzianką, zadowolone będą osoby które lubują się w takich gadżetach. Trzeba przyznać, że jest bardzo ładnie wykonana. Teraz kilka słów odnośnie instrukcji, na pierwszy rzut oka wydaje się dość obszerna i tak jest w istocie. Mamy informacje na temat przeciwników w grze, rozpisaną klawiszologię, kilka słów na temat wymagań, nie zabrakło standardowego już ostrzeżenia przed epilepsją :) Zupełnie po macoszemu potraktowano zagadnienie związane z usługą Game for Windows LIVE, osoby które nie miały wcześniej jakiejkolwiek styczności z ta usługą z instrukcji nie dowiedzą się niczego poza tym że coś takiego istnieje i jest wymagane do gry :) Jest to na pewno duży minus dla wydawcy, z drugiej jednak strony takie podejście podyktowane jest beznadziejną polityką Microsoftu, w wyniku której usługa ta nie jest dostępna w naszym kraju. Dlatego jeżeli chcemy pograć należy utworzyć konto na fikcyjne dane oraz wybrać inny kraj co równa się złamaniu umowy licencyjnej, ot taki sobie mały paradoks. Kolejny być może błachy ale jednak dowód na to, że Polska jest sto lat za murzynami. Wracając do gry to z tego co wiem posiada limit instalacji - można ją zainstalować 15 razy, na ile jest to prawdą trudno powiedzieć, na razie zbyt pobieżnie zapoznałem się z instrukcją by to potwierdzić, skupiłem się głównie na wspomnianym już wcześniej GfW LIVE. Co do polonizacji to Cenega obiecała patch polonizacyjny do pobrania po uprzedniej rejestracji gry na stronie Kompanii Graczy, tłumaczenie w wersji z napisami. Dla osób które lubią multiplayer ważna informacja, gra nie posiada dedykowanych serwerów co powoli staje się niechlubnym standardem w dzisiejszych czasach. Co do wersji gry dostępnej na platformie Steam to nie ma limitu instalacji - ze zrozumiałych względów, odnośnie multiplayera wydaje się jednak, że muszą być dedykowane serwery gdyż Steam wykorzystuje zabezpieczenia VAC, dlatego brak dedykowanych serwerów w ogóle nie wchodzi w grę. Gra na platformie Steam nie posiada obsługi achievementów, które są obsługiwane w wersji gry pod Game for Windows LIVE. Co do grywalności to nie będę się w ogóle wypowiadał bo najlepiej świadczą o niej doskonałe recenzje, które gra zbiera po premierze. Z mojej strony to wszystko, dziękuje i do usłyszenia.



:)

poniedziałek, 8 lutego 2010

Kocioł demiański

Po dłuższej przerwie drugi wpis z kategorii "Bitwy i kampanie" i zarazem "Kalendarium". Mamy dzisiaj 8 lutego wiec warto przypomnieć co wydarzyło się 8 lutego 1942 roku. Doszło wtedy do rozerwania frontu przez Rosjan, pomiędzy miastem Stara Russa a Chołmem, wyłom ten stał się preludium do bitwy znanej jako "kocioł demiański" lub bitwą w "kotle demiańskim". Siły radzieckie w składzie trzech armii (11, 34 oraz 3 Uderzeniowej) oraz dwóch brygad spadochronowych, 1 oraz 4 okrążyły niemiecki II Korpus Armijny (pięć dywizji piechoty: 12, 32, 30, 123 i 290 oraz 3 dywizja pancerna SS "Totenkopf") w rejonie Demiańska. Sytuacja Niemców była od początku beznadziejna. Brak odpowiednich zapasów amunicji i żywności oraz duże braki w ciepłej odzieży zimowej nie rokowały dobrze obronie. Główny ciężar walk wzięła na siebie 3 dywizja pancerna SS "Totenkopf", którą dowodził sadystyczny nazista Theodor Eicke (dokonał egzekucji Ernsta Röhma). W tragicznej sytuacji w jakiej znalazły się okrążone jednostki, Goering zapewnił Hitlera, że całkowitą odpowiedzialność za zaopatrzenie bierze na siebie Luftwaffe. Tym sposobem po raz pierwszy w dziejach wojen powstał most powietrzny, codziennie około 500 samolotów (przeważnie Ju 52) dostarczało zaopatrzenie dla okrążonych wojsk. Do kotła udało się przetransportować aż 64.844 ton materiałów oraz wywieść około 35.400 rannych i zluzowanych. W okrążeniu po Demiańskiem znalazło się blisko 100 tyś. ludzi, dowództwo nad nimi obejmuje generał Walter hrabia von Brockdorff-Ahlefeld. Głównym zadaniem okrążonych była obrona kilku wiosek oraz łączących je dróg, przez cały luty Rosjanie ponawiali zaciekłe ataki na pozycje niemieckie. Walki toczyły się w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych - gruba pokrywa śniegowa oraz temperatura dochodząca do minus 30 C. Podczas gdy w kotle trwały walki, niemieckie dowództwo przygotowywało odsiecz. W tym celu zebrano znaczne siły, w składzie: 5 i 8 dywizja lekka oraz dywizje piechoty : 122, 127 oraz 329 - dowodził generał porucznik Walter von Seydlitz-Kurzbach. Ofensywa Seydlitza rozpoczęła się 21 marca, pomimo początkowych sukcesów atak stopniowo traci impet, opór Sowietów się wzmaga. W wyniku zażartych walk grupie Seydlitza powoli udaje się zbliżyć do okrążonych, w tym samym czasie 3 dywizja pancerna SS "Totenkopf" wykonuje kontrataki z kotła w wyniku, których 22 kwietnia dochodzi do spotkania dwóch grup bojowych. Korytarz do kotła demiańskiego zostaje przebity. Walki w rejonie Demiańska trwają jeszcze kilka miesięcy, wojskom niemieckim udaje się uniknąć zagłady.

linia frontu 7 stycznia oraz 21 lutego, pozycje wojsk niemieckich w kotle demiańskim

Junkers Ju 52 (ciotka Ju) na lotnisku polowym - kocioł demiański - luty 1942 roku.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Śniadanie u Tiffany'ego

Dzisiaj powieść a raczej opowiadanie, której autorem jest nie kto inny jak Truman Capote. "Śniadanie u Tiffany'ego" bo o nim mowa to pozycja wpisująca się w kanon literatury światowej, książka jest krótka (około 90 stron), dlatego też ograniczę się do zaledwie kilku stwierdzeń. Akcja toczy się w latach czterdziestych XX wieku w Nowym Yorku, trwa II Wojna Światowa, poznajemy krótką historię przelotnej znajomości Holly Golightly z Paulem Varjakiem, początkującym młodym pisarzem. Holly to młoda dziewiętnastoletnia, początkująca aktorka, która większość swojego czasu spędza na balowaniu w męskim towarzystwie, jej głównym celem jest złowienie męża milionera. Ma wielu adoratorów. Mimo, że jest lekko mówiąc infantylna i nieodpowiedzialna budzi sympatię Paula, który zostaje jej przyjacielem, ale jak można się domyśleć kocha się w Holly. Opiekuńczy Paul byłby doskonałym kandydatem na męża dla Holly, która jednak nie chce stabilizacji i woli ciągłą zabawę. Nie będę się więcej rozwodził na warstwą fabularną, mogę jedynie zdradzić, że książka kończy się rozstaniem, nie tak jak w ekranizacji - happy endem. Co do walorów literackich to warto przeczytać choćby dla samych dialogów, które są proste ale wypełnione przyjemną ironią. Historia lekkostrawna, bez jakiegokolwiek większego przesłania, niemniej należy znać.