piątek, 20 sierpnia 2010

Zaginione cywilizacje

Dzisiaj kilka słów na temat książki "Zaginione cywilizacje" autorstwa Aleksandra Kondratowa. Książka nie jest najnowsza bo wydana w roku 1973, dlatego trochę informacji może być już nieaktualnych z najnowszymi badaniami, co jednak nie zmienia faktu, że praca jak przystało na serię CERAM-owską trzyma wysoki poziom i można ją polecić każdemu zainteresowanemu tematem. W początkowej części książki, autor przytacza fragment dialogu Platona "Kritias" i pochodzącą z niego wzmiankę o wyspie Posejdona nazwaną od jego syna Atlasa - Atlantydą, a otaczające ją morze, "Morzem Atlantyckim". W nawiązaniu do tekstu Platona, autor przytoczył szereg teorii na temat Atlantydy, które ukazywały się na przestrzeni kilku wieków oraz prawdziwe apogeum teorii atlantologów, geologów, oceanografów i historyków w ostatnim stuleciu. W dalszej części książki skupiono się na kolebkach i korzeniach mniej lub bardziej znanych cywilizacji: Egipt, cywilizacja dwurzecza, Asyria, Indie, Kreta. W rozdziale dotyczącym Egiptu autor poświęcił sporo miejsca zagadnieniu rozszyfrowania hieroglifów (opisano osiągnięcia w tej dziedzinie Anglika Thomasa Young'a oraz Francuza Champollion'a). Przy okazji przytoczono kuriozalną teorię niemieckiego profesora Witte, który twierdził, że hieroglify są wynikiem działania pewnego gatunku ślimaków niszczących kamień :). W dalszej części poświęconej Egiptowi, autor skupił się na obaleniu teorii panegipskiej (Elliot Smith) według której Egipt był kolebką światowej cywilizacji. Wszystkie argumenty zbieżne dla różnych cywilizacji, czyli: rozpowszechniony kult solarny, mumifikacja ciał, budownictwo piramidalne czy pismo hieroglificzne zostają łatwo obalone przez autora.

W dalszej części książki; kilka stron poświęcono kulturze przedsumeryjskiej - El Obeid, nieco więcej miejsca zajął opis kultury "przedaryjskiej" czyli starej kultury protoindyjskiej, datowanej na starszą od egipskiej. Szczególnie ciekawy jest rozdział "Czarna Atlantyda" dotyczący Afryki jako domniemanej kolebki cywilizacji. Poruszono w nim zagadnienie "Wielkiego Zimbabwe" (od zimbabwe - kamienny dom) - kompleks kamiennych budowli odkrytych w 1871 roku przez niemieckiego geologa Karla Maucha. Mauch uznał kamienny "zamek" wchodzący w skład Wielkiego Zimbabwe za kopię świątyni Salomona a eliptyczną budowle za kopię świątyni królowej Saby. Na tym twierdzeniu oparł teorię o odkryciu mitycznego Ofiru - wymienianego w Starym Testamencie jako miejsce, skąd król Salomon sprowadzał złoto. Dodatkowym argumentem były licznie występujące wyroby ze złota. Po opanowaniu w 1890 roku terenów dzisiejszego Zimbabwe przez Brytyjczyków, rozpoczęło się prawdziwe poszukiwanie "kopalń króla Salomona". W roku 1900 zarejestrowano ponad 140 tyś. zgłoszeń na złotodajne działki. Rozpoczęło się wydobycie złota oraz łupienie i przetapianie odkrytych skarbów. Jak się później okazało Wielkie Zimbabwe nie było biblijnym Ofirem, ani nawet innym starożytnym miastem. Powstało prawdopodobnie w czasach istnienia średniowiecznego imperium Monomotapa (od X do XVII wieku).

W rozdziale dotyczącym cywilizacji indiańskich, autor skupił się na dokonaniach kultur prekolumbijskich: Olmeków, Zapoteków, Tolteków i Teotihuacan oraz późniejszych, epoki kolumbijskiej: Azteków, Majów i Inków. Czytelnik może być jednak nieco rozczarowany, tym że słynnym rysunkom z Nazca, poświęcono tak mało miejsca. Jeżeli ktoś jest zainteresowany tajemniczymi znakami z Nazca to nie obejdzie się bez sięgnięcia po szczegółową literaturę bo w książce znajdzie tylko podstawowe informacje na ten temat. Analogicznie do wcześniejszych rozdziałów dużo miejsca poświęcono pismu; piktograficznemu Azteków i Majów oraz prymitywnemu pismu węzełkowemu - quipu, które zastąpiło wcześniejsze pismo hieroglificzne Inków. Dlaczego Inkowie zrezygnowali z pisma hieroglificznego zastępując je prymitywnym węzełkowym tego nie będę opisywał bo nie jest to celem owej recenzji. Powiem tylko, że powód był bardzo ciekawy. Zaważył jednak na tym, że dzisiaj jedynym ocalałym źródłem pisma hieroglificznego Inków jest kalendarz wenusjański z Bramy Słońca w Tiahuanaco.

Rysunki z Nazca - stworzone przez Indian Nazca między 300 rokiem p.n.e. a 900 rokiem n.e

Książkę zamyka bardzo obszerny rozdział poświęcony Polinezji a w szczególności Wyspie Wielkanocnej. W informacjach dotyczących Nowej Zelandii autor przytacza krótką informacje na temat kultury łowców moa. Muszę przyznać, że ta część książki była dla mnie osobiście najbardziej interesująca. Odkryta w 1722 roku, przez ekspedycję holenderskiej kompanii zachodnio - indyjskiej Wyspa Wielkanocna to jedno z najbardziej tajemniczych miejsc na naszym globie. Autor przekazał nam masę szczegółów dotyczących samego lądowania ekspedycji admirała Jakuba Rogeveena, poprzedzającą to wydarzenie długą historię kultury Rapa-nui i wiele innych. Bardzo ciekawe informacje związane są z świętym związkiem Arioi. Ten sekciarski związek poświęcony bogu Oro, propagował między innymi dzieciobójstwo i wiele innych nienormalnych praktyk, miał związek z rozwiniętym na wyspie kultem morskiego ptaka - fregaty, który uważany był za wcielenie najwyższego boga Arioi-Oro. Arioi byli związkiem religijnym, próbującym zdobyć władzę świecką na wyspach Polinezji na które przybywali, w krótkim czasie podporządkowali sobie również ludność tubylczą Wyspy Wielkanocnej (przybyli z końcem XV wieku). Arioi z Wyspy Wielkanocnej nazywani również Hanau Eepe, zapoczątkowali podział na długouchych (Arioi) i krótkouchych (ludność tubylcza), doprowadzili również do procederu ludożerstwa, którego dopuszczali się na tubylcach. Tubylcy po pewnym czasie pozbyli się ciemiężycieli paląc ich w specjalnie przygotowanym rowie. Wyznawcy boga Oro podzieli los innych członków świętego związku, którzy zostali wybici przez ciemiężoną ludność tubylczą na innych wyspach Polinezji. Opisano też eksploatację zasobów ludzkich wyspy. W 1862 roku peruwiańscy korsarze wywieźli jako niewolników większość tubylców, co niemal przyczyniło się do zagłady populacji. Z kilku tysięcy mieszkańców, na wyspie pozostało zaledwie 111 osób. W rozdziale nie mogło oczywiście zabraknąć opisu nierozszyfrowanego pisma obrazkowego rongo-rongo, oraz charakterystycznych posągów - moai - wznoszonych na platformach - ahu.


Podsumowując, książka Aleksandra Kondratowa to udana pozycja, dodatkowo dobry drogowskaz jeżeli szuka się czegoś konkretnego. Mnie osobiście bardzo zaciekawił temat Wyspy Wielkanocnej, który z całą pewnością zgłębię i przy najbliższej okazji podzielę się informacjami na temat innej książki traktującej o tym zagadnieniu. Książka ma też nieco cierpką wymowę, wszystkie wielkie imperia i cywilizacje z czasem przestały istnieć, zniszczone przez niszczycielskie najazdy koczowników lub kolonizatorów, rozpadły się w wyniku wygaśnięcia więzi duchowych i społecznych będących spoiwem nie jednej dawnej cywilizacji. Zrównane z ziemią przez kataklizmy, siedliska ludzkie zapomniane i porzucone przez swoich twórców. Zarośnięte przez dżunglę jak dawne siedziby Indian, czy wydane na działanie erozji jak stare świątynie zbudowane przez żołnierzy Aleksandra Wielkiego na terenie dzisiejszego Turkmenistanu, stare świadectwa minionych wieków. Naszą cywilizację również czeka zagłada, niewiadomo tylko czy za sto lat czy za kilka tysiącleci. Jest to nieubłagana prawidłowość historii, która zawsze się sprawdza.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Tour de Pologne 2010 w Katowicach

Dzisiaj relacja z wtorkowego etapu Tour de Pologne 2010. Jako kibic kolarstwa nie mogłem przepuścić okazji zobaczenia zawodowców światowego peletonu, tym bardziej, że po raz ostatni meta Tour de Pologne gościła w Katowicach 61 lat temu, w roku 1949. Miejmy nadzieję, że na kolejny finisz etapu w Katowicach nie przyjdzie czekać aż tyle lat. 3 etap (dedykowany tragicznie zmarłemu włoskiemu kolarzowi Franco Balleriniemu) z Sosnowca do Katowic długości 122,1 km w dużej mierze był tradycyjnym kryterium ulicznym, dojazd z Sosnowca przez Siemianowice do Katowic i następnie 7 rund po 11,7 km ulicami miasta. Meta etapu umiejscowiona była pomiędzy rondem a spodkiem. Gdy przybyłem na miejsce na trasie ścigali się najmłodsi fani kolarstwa, którzy rywalizowali w ramach Nuttela Mini Tour de Pologne. Na mecie wszystko było przygotowane na przybycie peletonu, wszystko dopięte na ostatni guzik; przygotowane wozy transmisyjne, ustawione trybuny, miejsca komentatorskie, stoiska ze sprzętem kolarskim, hostessy rozdawały gadżety i wydanie specjalne Dziennika Zachodniego w całości poświęcone wyścigowi Tour de Pologne. Wszędzie nastrój pikniku i sportowego święta. Do przyjazdu peletonu do Katowic była jeszcze godzina i około dwudziestu minut, dlatego postanowiłem odwiedzić babcię, która mieszka niedaleko mety 3 etapu. Następnie na jakieś pół godziny przed planowanym wjazdem kolarzy na rundy, udałem się pod pomnik Powstańców Śląskich gdzie zgromadziła się niewielka grupa kibiców. Tam po raz pierwszy dopisało mi szczęście, udało mi się sfotografować i sfilmować autokar mojej ulubionej drużyny - Liquigas. Ulubionej nie tylko ze względu na jazdę w jej barwach 3 Polaków ale przede wszystkim mojego kolarskiego idola "rekina" Vincenzo Nibali oraz dwóch kolarzy, których darzę sporą sympatią Czecha - Romana Kreuzigera oraz objawienie tego sezonu, zwycięzcę dwóch etapów na wyścigu Paryż - Nicea, Słowaka Petera Sagana (jest w składzie drużyny na tegoroczny Tour de Pologne). Wracając do autokaru, można to uznać za spore szczęście bo w pobliżu mety znajdował się jeszcze jedynie autokar holenderskiej grupy Vacansoleil. Później, gdy peleton wjechał na rundy, przemieszczałem się w różne miejsca by zrobić ciekawe zdjęcia. Nad głową krążył śmigłowiec Eurosportu. Warto wspomnieć, że Tour de Pologne wzorem innych narodowych wyścigów posiada po raz pierwszy swoją maskotkę - pszczółkę Polonię nazywaną potocznie Polą. Żółto czarne barwy nawiązują do kolorów, które zawsze wyróżniały Tour de Pologne oraz jego organizatora - LangTeam. W Katowicach najszybszy okazał się Jewhen Hutarowicz z grupy (Française des Jeux). Po zakończeniu etapu odbyła się tradycyjna dekoracja zwycięzcy oraz liderów poszczególnych klasyfikacji. Tu właśnie szczęście dopisało mi po raz drugi, jakieś 2 metry przede mną stał Paolo Bettini (dwukrotny mistrz świata w kolarstwie szosowym ze startu wspólnego oraz mistrz olimpijski z Aten w 2004 roku) pełniący rolę gościa honorowego. Fotografia Bettiniego to ukoronowanie miło spędzonego popołudnia. Podsumowując, wielkie podziękowania dla Pana Czesława Langa za organizację tak wspaniałego wyścigu i dla Pana Uszoka za przebudowę ronda oraz remont większości tras którymi poruszali się kolarze. Bez tego jeszcze długo nie zobaczylibyśmy mety Tour de Pologne w Katowicach.

Polonia - maskotka Tour de Pologne

Część moich materiałów:

najmłodsi rywalizowali w ramach Nuttela Mini Tour de Pologne


Autokar drużyny Liquigas





Policja na posterunku




wjazd kolarzy od strony Chorzowa







150 m do mety





zwycięzca etapu - Białorusin Jewhen Hutarowicz z grupy Française des Jeux


Paolo Bettini i Czesław Lang, zwycięzca zasłonięty, na dole pszczółka Pola :)


Allan Davis z Astany - lider Tour de Pologne


łysina Paolo Bettiniego ... :)


... i Paolo Bettini z profilu


Allan Davis w koszulce lidera klasyfikacji punktowej - Plus


Dominique Rollin z grupy Cervelo, lider klasyfikacji górskiej - Tauron


Błażej Janiaczyk lider klasyfikacji najaktywniejszy zawodnik - Fiat


wspominany już, autokar drużyny Liquigas

Przejazd peletonu przez katowickie rondo

zakończenie drugiej rundy po Katowicach, sfilmowane na wysokości 150 m od mety

zakończenie piątej rundy po Katowicach, akcja z bidonem :)

poniedziałek, 26 lipca 2010

Agnadello i wojna Wenecji z Ligą z Cambrai

Dzisiaj zapowiedź bitwy którą przygotowuję pod czystego Medievala II. Bitwa jest już na ukończeniu i jest w fazie zaawansowanych betatestów. Na początek kilka słów na temat rysu historycznego dotyczącego wojny Wenecji z Ligą z Cambrai i samego przebiegu bitwy. Liga z Cambrai powstała w grudniu 1508 roku z inicjatywy papieża Juliusza II, który z całego serca nienawidził Republiki Weneckiej. Do sojuszu mającego na celu zniszczenie Wenecji i podział jej terytorium, przystąpili: cesarz Maksymilian I, król Francji Ludwik XII, władca Hiszpanii Ferdynand II Katolicki oraz takie państwa jak: Anglia, Węgry Jagiellonów i państwa włoskie: Sabaudia, Ferrara, Mantua i Florencja. Działania wojenne rozpoczęły się wiosną 1509 roku, gdy wojska francuskie dowodzone przez króla Ludwika II najechały terytorium Republiki Weneckiej. Wenecjanie ustępujący liczebnie i to znacznie Francuzom, unikali walnej bitwy, starali się znaleźć dobrą pozycję defensywną i stoczyć bitwę obronną, licząc na wykrwawienie wojsk Ludwika XII. Dowódcy weneccy popełnili jednak niewybaczalny błąd, który zaważył o klęsce wojsk republiki nim jeszcze bitwa się rozpoczęła. Bartolomeo d'Alviano i Niccolò Orsini di Pitigliano postanowili podzielić swoje 15 tyś. siły. Bartolomeo d'Alviano objął dowództwo nad 8 tyś. ludzi, Orsini di Pitigliano miał pod rozkazami pozostałe 7 tyś., tak zorganizowani postanowili ruszyć na południe w kierunku rzeki Pad w poszukiwaniu lepszych pozycji obronnych.

Papież Juliusz II

Po forsownym marszu d'Alviano natknął się na zgrupowanie wojsk francuskich w pobliżu wioski Agnadello (14 maja 1509 roku). Nie widząc szans na uniknięcie bitwy, d'Alviano rozstawił swoje siły na pobliskim wzgórzu z zamiarem stoczenia bitwy obronnej. Seigneur de Chaumont, który stał na czele części sił francuskich, które jako pierwsze starły się z wenecjanami, zaatakował za pomocą ciężkiej kawalerii, a następnie użył szwajcarskich pikinierów. Atak zakończył się niepowodzeniem, w tym jednak czasie na pole bitwy dotarł król Ludwik II z resztą sił francuskich. Francuzi dysponowali teraz 30 tyś. ludzi przeciw 8 tyś. jakie posiadał d'Alviano. Wenecjanin widząc krytyczne położenie swoich wojsk wysłał gońca do znajdującego się 10 kilometrów dalej Niccolò Orsiniego di Pitigliano, by ten jak najszybciej przybył na pole bitwy i wspomógł w obronie. Pitigliano nie zdobył się na wysiłek dotarcia na pole bitwy, przez gońca nakazał d'Alviano wycofanie się. Związani walką Wenecjanie nie byli w stanie wykonać tego rozkazu. Przez kolejne 3 godziny Francuzi atakowali ich pozycje z 3 stron, sukcesywnie wyniszczając obrońców. W wyniku walk do francuskiej niewoli dostał się ranny d'Alviano co definitywnie przypieczętowało klęskę Wenecjan, którzy stracili 4 tyś. zabitych, rannych lub wziętych do niewoli. W późniejszym okresie wojna toczyła się ze zmiennym szczęściem, Wenecji udało się w końcu zneutralizować Ligę zawierając separatystyczne pokoje ze wszystkimi jej członkami.

Bartolomeo d'Alviano - głównodowodzący armii weneckiej pod Agnadello


Ludwik XII - król Francji


Prace nad bitwą

Pracując nad bitwą zdecydowałem się, że jedyną nacją grywalną będą Wenecjanie. Zdecydowałem się na taki krok, ponieważ granie Francuzami posiadającymi przytłaczającą przewagę liczebną mija się z celem, gdyż bitwa jest wtedy banalnie łatwa. Grając Wenecją bitwa jest sporym wyzwaniem, zwycięstwo jest możliwe chodź raczej nie obejdzie się bez krwawej jatki na ekranach waszych komputerów. Siły francuskie składają się z 3 armii, z których ostatnia pod dowództwem samego Ludwika XII pojawia się na polu bitwy z opóźnieniem tak jak było to w rzeczywistości. Publikacje, premierę bitwy przewidziałem na 20 sierpnia. Bitwa będzie do ściągnięcia zarówno z polskiej strony poświęconej serii gier Total War - (http://totalwar.org.pl) jak i na międzynarodowej stronie - (http://www.twcenter.net). Po publikacji wpis zostanie zaktualizowany o stosowne linki do jej ściągnięcia.
Aktualizacja z dnia 20 sierpnia - link do bitwy: http://www.twcenter.net/forums/downloads.php?do=file&id=2920


Podziękowania dla betatesterów

Na zakończenie podziękowania dla wszystkich betatesterów: Andrewa, Andzi, Mazaka i naszego słowackiego przyjaciela Petra. Szczególne podziękowania dla Basi za przetłumaczenie tekstu z języka włoskiego, który rozwiał wątpliwości co do obecności wiatraków na wzgórzu zajmowanym przez wojska weneckie.


Zestawienie sił dla walczących stron







Obrazki prezentujące rozgrywkę







środa, 21 lipca 2010

Kyūshū J7W1 Shinden

Mój najnowszy filmik prezentujący japoński myśliwiec eksperymentalny Kyūshū J7W1 Shinden z okresu II Wojny Światowej. Z racji skąpego materiału fotograficznego, filmik krótki. Ten i inne moje filmiki możecie oglądać na moim kanale YT: http://www.youtube.com/user/igorks

piątek, 9 lipca 2010

Paul i inteligencja ośmiornic

Dzisiaj krótki wpis, który można potraktować w kategoriach ciekawostki. Na pewno większość słyszała o samcu ośmiornicy imieniem Paul przewidującym wyniki meczów niemieckiej reprezentacji na mundialu. Mieszkaniec oceanarium w Oberhausen jak narazie prawidłowo wskazał wszystkie wyniki dla niemieckiej reprezentacji, włącznie z zaskakującą porażką Niemców z Serbią w rozgrywkach fazy grupowej. Skąd u ośmiornicy takie umiejętności? W tym właśnie miejscu warto przytoczyć kilka ciekawych faktów, które raczej nie są znane ogółowi. Ośmiornice to najinteligentniejsze stworzenia zamieszkujące morza i oceany. Tak ośmiornice, a nie delfiny jak się powszechnie uważa. Większość naukowców przypisuje tym głowonogom ponadprzeciętną inteligencję. Mimo, że nie posiadają kciuka (charakterystycznego dla naczelnych), to macki umożliwiają im między innymi otwieranie słoików. Jednym z najbardziej zadziwiających osiągnięć ośmiornic jest umiejętność ułożenia kostki Rubika, której ułożenie jest nieosiągalne dla większości osobników ludzkiej populacji. Biorąc pod uwagę liczbę możliwych kombinacji kostki Rubika wynoszącą 43 tryliony, osiągnięcia ośmiornic są naprawdę nieprawdopodobne. Ośmiornice należą do jednych z najbardziej ciekawskich stworzeń, ich szczególną uwagę przykuwa świat za szybą akwarium, co tłumaczy ich częste ucieczki. Ośmiornice z gatunku Amphioctopus marginatus potrafią posługiwać się narzędziami - wykorzystują wyrzucane do morza skorupy kokosów jako przenośne schronienie. Jest to jedyny przypadek wykorzystania narzędzi przez bezkręgowce. Na szczególną uwagę zasługują również powszechnie znane, zdumiewające umiejętności upodabniania się do otoczenia oraz zmieniania kolorów. W tym miejscu wielu zadaje sobie pytanie czemu ośmiornice np. nie zdominowały życia w morzach i oceanach? Powodów jest kilka; ośmiornice nie są stworzeniami stadnymi, prowadzą życie samotnika, dlatego też zdobyte doświadczenia i umiejętności nie są przekazywane innym osobnikom jak ma to miejsce w przypadku innych stworzeń na Ziemi. Dodatkowo krótki okres życia wynoszący średnio od 3 do 5,6 lat jest kolejnym czynnikiem, który nie wpływa na ogólny rozwój ośmiornic jako gatunku. Ośmiornice to bardzo ciekawe stworzenia czego najlepszym dowodem jest Paul, który miejmy nadzieję dożyje do Euro 2012 :-)



zdumiewające umiejętności adaptacyjne

morderczy instynkt Enteroctopus Dofleini (Ośmiornica olbrzymia)

piątek, 2 lipca 2010

Brutalny glina

Dzisiaj spotkanie z kinem japońskim a konkretnie z pierwszym obrazem wyreżyserowanym przez Takeshi Kitano, z filmem „Brutalny glina” zrealizowanym w roku 1989. Na początek kilka słów na temat okoliczności w jakich film powstał. Realizację filmu powierzono Kinji Fukasaku (współautor słynnego filmu "Tora! Tora! Tora!"), który skłaniał się do przedstawienia przemocy i brutalności w sposób naturalny. Producenci uznali jednak, że obraz Fukasaku jest zbyt brutalny, reżyser upierał się przy swoim stanowisku w wyniku czego dyplomatycznie pozbawiono go wpływu na film. Realizację powierzono Takeshi Kitano, który notabene grał w realizowanym filmie główną rolę. W ten właśnie sposób aktor stanął przed szansą wyreżyserowania pierwszego filmu w swojej karierze, jak się później okazało nie ostatniego. Powstał film dużo bardziej brutalny niż się spodziewano, a Kitano zaprezentował próbkę swego geniuszu.


Bohaterem filmu „Brutalny glina” jest jak sam tytuł wskazuje policjant - buntownik Azuma, naginający przepisy, stosujący brutalne metody , wszystko po to by lepiej zwalczać przestępczość. Na myśl przychodzi oczywiście schemat charakterystyczny dla filmów o Brudnym Harrym. Tyle tylko, że film Kitano nie kończy się happy endem, jak w przypadku filmów z Clintem Eastwoodem. Zderzenie postawy policjanta, któremu ewidentnie zależy, z normami i zasadami państwa prawa, uniemożliwiającymi skuteczną walkę z bezwzględnymi przestępcami, prowadzi do wydalenia bohatera z szeregów policji. Azuma nie przebiera w środkach i z równą stanowczością i brutalnością rozprawia się z ulicznymi chuliganami, sutenerami czy członkami Yakuzy. Te nietypowe metody nie będą się podobały jego nowemu przełożonemu, który jak wyniknie na końcu filmu najpewniej był skorumpowany i który dbał o dobrą opinię policji w prasie (sprawa zamordowanego kolegi Azumy, który handlował narkotykami z policyjnego składu, a którego śmierć szef policji uznał za samobójstwo tylko po to by informacja o policyjnym dealerze nie przedostała się do prasy i by nie ucierpiało dobre imię komendanta).


"Brutalny glina" wpisuje się w nurt yakuza movies, filmów charakteryzujących się szczególną brutalnością w porachunkach międzyludzkich. Scen przemocy jest sporo i są one wyjątkowo krwawe, sam efekt krwi jest bardzo realistyczny i momentami poraża widza. Odnośnie muzyki, to jej autorem jest Daisaku Kume. Utworów nie jest zbyt wiele, ale są one niezwykle klimatyczne i dobrze pasują do scen i obrazów, którym towarzyszą. W pamięci zapadają szczególnie dwa motywy: klasyczny japoński i drugi z saksofonem w tle, który mnie osobiście skojarzył się z muzyką autorstwa Bernarda Herrmanna z filmu "Taksówkarz". Oba utwory powtarzają się w filmie wielokrotnie ale bynajmniej nie nużą. Kamera raczej statyczna. Dialogi bardzo dobre, szczególnie te wygłaszane w stosunku do żółtodzioba, pełne ironii i specyficznego poczucia humoru Azumy. Jeżeli chodzi o konstrukcje filmu to warto zwrócić uwagę na dwie bliźniaczo podobne sceny - pierwsza przedstawiająca idącego do pracy Azumę, druga, kończąca film przedstawiająca jego następcę na stanowisku, zmierzającego nie na komendę ale do swojego nowego mocodawcy. Warto również zwrócić uwagę na słowa komendanta wypowiedziane do Azumy w jednej z wcześniejszych scen: "Musisz być sprytny". W końcowej scenie następca Azumy odbierając stosowną kopertę, mówi do swojego nowego "szefa" -: "Jestem sprytny". I już wiemy o jaki rodzaj sprytu chodziło. Film ma więc gorzką wymowę, gorsza, zła strona Świata zwycięża. Azuma będący w pewnym sensie idealistą ponosi klęskę w starciu z Yakuzą oraz bezsilną i skorumpowaną policją.


Podsumowując debiut reżyserski Takeshi'ego Kitano wypada bardzo dobrze. Otrzymujemy bardzo sprawnie zrealizowane artystyczne kino sensacyjne z pewnym przesłaniem. Podobnie jak w innych filmach Kitano, o których będzie jeszcze mowa na moim blogu, główny bohater jest postacią tragiczną i ponosi całkowitą klęskę. Warto, bardzo dobre kino. Moja ocena: 8/10


charakterystyczny japoński motyw muzyczny bardzo często pojawiający się w filmie, jednocześnie wspomniana scena, przedstawiająca Azumę idącego do pracy.