piątek, 4 czerwca 2010

Jagdtiger ze sPzJgAbt 512 - Dragon Armor 1:72

Dzisiaj Jagdtiger z sPzJgAbt 512 (schwere Panzerjäger-Abteilung 512) sam nie wiem jak to przetłumaczyć (512 batalion (dywizjon??) ciężkich łowców?, łowców czołgów). Bardziej poprawnie powinno być batalion ciężkich dział pancernych ale umówmy się, że to z niemieckim nazewnictwem nie ma nic wspólnego. Mój pierwszy model z serii Dragon Armor, zakupiony jeszcze w 2004 roku. Jagdtiger to pojazd do którego mam szczególny sentyment, jedna z moich ulubionych konstrukcji, mimo licznych wad wynikających z rozmiarów i ciężaru oraz przeciążenia silnika była to znakomita broń defensywna. Najpotężniejszy pojazd pancerny używany bojowo podczas całej II Wojny Światowej. Często ironicznie nazywany "bunkrem na gąsienicach", w praktyce Alianci nie mieli czołgu lub innego pojazdu, który mógłby nawiązać z nim jakąkolwiek walkę. Słów kilka na temat sPzJgAbt 512, oddziałem dowodzili hauptman Albert Ernst oraz oberleutnant Otto Carius (odznaczony Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu), - prawdziwe asy Panzerwaffe. Pierwszą akcją Jagdtigerów z tej jednostki był atak na zajęty przez Amerykanów Most Lüdendorfa w Remagen - 10 marca 1945 roku. Podczas tego ataku hauptman Albert Ernst (nie mylić ze zbrodniarzem wojennym o tym samym imieniu i nazwisku), zniszczył w pojedynkę kilka Shermanów (7 lub 9 według różnych danych) z odległości ponad 2000 m. 11 kwietnia 1945 roku w wyniku kolejnej spektakularnej akcji Jagdtigerów amerykańska jednostka pancerna straciła ponad 50 pojazdów w tym 11 czołgów. Strat własnych oddział nie zanotował. Można wiec stwierdzić, że była to broń wysoce śmiercionośna, znakomicie nadająca się do wojny obronnej jaką w 1945 roku prowadziła III Rzesza. Odnośnie modelu - pojazd pokryty jest nieregulaminowym kamuflażem, co było dość powszechną praktyką w niemieckiej armii w końcowym okresie wojny. Podkład stanowi standardowa farba koloru piaskowo-żółtego z naniesionymi nieregularnymi dużymi plamami koloru rdzawo-brązowego oraz jaskrawo zielonego, całość dopełniają liczne kropki malowane farbą podkładową. Maszyna z podwoziem typu Henschel (77 z 88 wyprodukowanych Jagdtigerów posiadało podwozie Henschla, pozostałe podwozie produkcji Porsche), numer boczny - 114. Model jest starannie wykonany jak przystało na Dragona, bardzo dobrze prezentują się ślady eksploatacji oraz drobne przetarcia, fajnie zostało wykonane wiosenne błoto na gąsienicach. Odnośnie dostępności modelu to można na niego czasami jeszcze trafić na allegro, ceny od takich jak w 2004 roku czyli ok. 45-50 zł do dwukrotnej tego wartości, czasami nawet więcej. Część zdjęć robiona z użyciem lampy błyskowej, pozostałe bez.

Albert Ernst


Otto Carius







czwartek, 3 czerwca 2010

Potwierdzenie dla Pani Doroty......

Mam nadzieję, że ten krótki wpis "bez jakiejkolwiek treści" rozwiewa wszelkie Pani wątpliwości. Pozdrowienia dla wszystkich weryfikatorów filmwebu... Igor.

czwartek, 27 maja 2010

Psy z Rygi

"Psy z Rygi" to druga w kolejności chronologicznej książka autorstwa Henninga Mankella opisująca przygody komisarza Wallandera. Akcja toczy się w miesiącach lutym i marcu 1991 roku. Do wybrzeży Skanii przypływa ponton z ciałami dwóch elegancko ubranych mężczyzn. Jak się okaże, śledztwo zaprowadzi komisarza Kurta Wallandera na Łotwę okresu rozpadu ZSRR. "Psy z Rygi" to podobnie jak wszystkie inne książki o Kurcie Wallanderze kryminały politycznie zaangażowane, poruszające szereg problemów społecznych i politycznych z którymi borykała się Szwecja lat 90 a które teraz wydają na światło dzienne swoje negatywne plony. Podobnie jest i z tą książką, Mankell napisał ją w 1992 roku w niedługim okresie po rozpadzie ZSRR kiedy pierwsza fala przestępców i mafiozów z byłych republik radzieckich zalała Szwecję. Szwecja była jednym z miejsc docelowych dla prężnie rozwijających się struktur przestępczości zorganizowanej, dla których Europa zachodnia stała się nowych akwenem jej działalności, związanej głównie z handlem narkotykami. W książce mamy wiec wątek mafijny oraz drugi związany z rywalizacją stronnictw w szeregach łotewskiej policji. Klimat książki jest z racji innego niż zazwyczaj miejsca akcji zdecydowanie odmienny. Mankellowi doskonale udało się oddać nastrój i klimat Rygi okresu zimy. Opisy generują obraz jeszcze bardziej zimnego i nostalgiczno - apatycznego krajobrazu Łotwy, niż ma to miejsce w przypadku szwedzkiego Ystad w późniejszych książkach o Wallanderze. Również opisy konkretnych miejsc w Rydze działają na wyobraźnię; - hotel Łotwa, potężne betonowe gmaszysko w którym kaloryfery są ciągle zimne, przywiodły mi na myśl paskudną bryłę moskiewskiego Centrosojuzu projektu Le Corbusiera. Autorowi udało się również dobrze wpleść w fabułę historyczne wydarzenie jakim był atak sił OMON-u na łotewskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w okresie łotewskiego ruchu niepodległościowego, co prawda jak mi się wydaje wydarzenie to jest w książce przesunięte w czasie w stosunku do historycznych faktów, to jednak nadaje książce autentyczności i dobrze oddaje realia panujące ówcześnie na Łotwie. Na zakończenie powiem jeszcze tylko, że główny wątek jest związany z oficerami łotewskiej policji: Murniersem oraz Putnisem, którym major Liepa nadał pseudonimy "Kondor" i "Mewa". Który jest mewą a który kondorem niech pozostanie tajemnicą. Dla wszystkich wielbicieli przygód Kurta Wallandera pozycja obowiązkowa.

czwartek, 20 maja 2010

Herakles

Herakles to pierwszy film w długiej karierze Wernera Herzoga. Nakręcony w 1962 r. obraz jest krótkometrażowym filmem dokumentalnym poddającym krytyce kult macho. Herzog piętnuje kulturystykę oraz przesadną męską chęć posiadania pięknej sylwetki mającą swe źródła w mitologii greckiej i rzymskiej. Na początek trochę o konwencji filmu - na ekranie widzimy ćwiczących kulturystów, co jakiś czas autor raczy nas pytaniem retorycznym, wydawało by się, że chce byśmy sobie sami odpowiedzieli, ale są to pytania na które odpowiedź jest oczywista i brzmi ona; Nie! Nie! Nie! Nie!!! NIE!!!! i jeszcze raz NIE!!!!!. Pytania mają na celu skłonienie odbiorcy do przemyśleń na określony temat i tak też się dzieje. Oglądając film miałem nieodparte wrażenie, że te całe ich ćwiczenia tylko po to by zostać później górą mięsa są całkowicie bez sensu. Wiadomo, że każdy dba o swój wygląd tak jak uważa, ale ja nie odczuwam potrzeby wyglądania jak przerośnięty nosorożec, dużo bardziej liczy się dla mnie dobre samopoczucie związane z uprawianiem aktywności ruchowej mającej na celu poprawę wydolności. Dlatego też wolę intensywną jazdę na rowerze i przebywanie na świeżym powietrzu niż kiszenie się na siłowni przesiąkniętej potem.

wielu współczesnych prześcignęło Heraklesa jeżeli chodzi o budowę ciała, boskich mocy jednak w dalszym ciągu nie posiadają :)

Autor wykorzystał w swoim krótkim obrazie mitologiczną postać Heraklesa oraz motyw dwunastu prac jakimi został ukarany upadły heros. Wszystko odbywa się na zasadzie konfrontacji: - ćwiczących osiłków Herzog konfrontuje z pytaniem dotyczącym jednej z dwunastu prac Heraklesa. Jak można się domyśleć "pakerzy" nie mają szans w starciu z mitologiczną legendą, a na naszej twarzy maluje się jedynie uśmiech politowania nad ich bezsensownymi wysiłkami. Na plus należy uznać, że każda z prac Heraklesa, która jest zawarta w pytaniu została przedstawiona w sposób symboliczny - np. klacze Diomedesa zostały przedstawione za pomocą sportowych samochodów oraz dramatycznego nagrania z kraksy podczas wyścigu 24 godziny Le Mans z roku 1955, kiedy to Mercedes kierowany przez Pierre'a Levegha uderzył w tłum widzów, zabijając ponad 80 osób. Ptaki stymfalijskie zostały zobrazowane za pomocą próbnych bombardowań przeprowadzanych przez samoloty bojowe takie jak Republic F-105 Thunderchief, North American F-100 Super Sabre i Republic F-84F Thunderstreak. Przedstawienie sportowych samochodów i samolotów bojowych oraz ich atrybutów nieokiełznanej mocy; samochodowych silników o mocy kilkuset koni mechanicznych oraz silników odrzutowych i ich zestawienie z naprężonymi mięśniami i napuszonymi sylwetkami współczesnych "herkulesów" jest rodzajem zabawnej ale jakże wyrafinowanej drwiny.

Herakles walczący z ptakami stymfalijskimi


samoloty Republic F-105 Thunderchief - filmowe ptaki stymfalijskie


Republic F-84F Thunderstreak - kolejny filmowy ptak stymfalijski

Warto zwrócić uwagę na wizjonerski i ostrzegawczy charakter filmu. Gdy w 1962 roku Herzog realizował "Heraklesa" kult ciała i dobrego wyglądu nie był tak powszechny w popkulturze jak jest obecnie. Na powstanie tego obłąkańczego kultu złożyło się wiele czynników: rewolucja seksualna, wzrost zainteresowania sprawami związanymi z ludzkim ciałem, płciowością. Upowszechnienie się naturyzmu. Nie bez znaczenia było również rozpowszechnianie się w latach 70 sportowego dopingu i sterydów, które pchnęły amatorską kulturystykę na kolejny poziom ale głupoty. Duża w tym zasługa sportowców z NRD którzy uzyskiwali znakomite wyniki stosując doping. Do tego należy dorzucić prężny rozwój przemysłu pornograficznego który pokazał ludzi "pięknych" i "sprawnych seksualnie" będących dla wielu wzorem do naśladowania. Czynnikiem dopełniającym stał się w latach 90 internet i rosnąca liczba stron poświęconych gwiazdom Hollywood oraz wzrost liczby ogłupiających programów dla nastolatków. Obrazu dopełnili sportowi terminatorzy, którzy zdominowali sportowe rozrywki w różnych dziedzinach na kilka lat. Najlepszym przykładem jest tu "nowy Bóg" pewien stale uśmiechający się teksański kowboj, który 7 razy z rzędu wygrał Tour de France i stał się medialnym "Herkulesem" świata sportu. Pokłosie tych nadmiernych i niezdrowych fascynacji mamy dzisiaj: przerośniętych osiłków dla których siłownia jest jedynym pomysłem na życie, młode dziewczyny cierpiące na bulimię i anoreksję, sterydziarzy z różnymi problemami zdrowotnymi, całą masę pseudosportowców korzystających z dopingu, ukrytych pod plakietką profesjonalnych i zawodowych sportsmenów. Do tego należy zaliczyć uwagi mediów bądź prasy na czyjś wygląd - najlepszy przykład to osoba tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, któremu nie szczędzono chamskich uwag pod adresem jego wyglądu tak jakby normalny wygląd wykluczał możliwość sprawowania urzędu. Warto również zwrócić uwagę na nieco przeciwny ale jednak też lansujący nurt starający się narzucić ogółowi wzorzec zniewieściałego mężczyzny czego najlepszy przykładem jest uwielbiany przez wielu Cristiano Ronaldo. Kolejnym wynikiem pędu za doskonałym ciałem są "plastikowi ludzie" - panie z sylikonowymi piersiami, botoksowymi twarzami czy panowie którzy zdecydowali się na powiększenie atrybutu męskości.

Na zakończenie moich rozważań na temat filmu i tematyki z nim związanej, warto zwrócić uwagę na pewne jak mi się wydaje powiązanie kultu ciała i dobrego wyglądu z niesławną ideologią czyli nazizmem. Pewnie wielu wyda się to naciąganym argumentem ale cała współczesna pogoń za doskonałym ciałem hołduje nazistowskim ideałom nadczłowieka. Co niemożliwe, czy też nieprawdopodobne??? Prawdziwe i to jak najbardziej. Kolejnym dowodem jest to z jakim entuzjazmem przyjęto w Polsce film "300", jaka nastąpiła fascynacja Spartą. Sparta, która jest starożytnym odpowiednikiem III Rzeszy, gdzie kalekie i chore dzieci zrzucano ze skał, gdzie hołdowano tężyźnie fizycznej, fanatyzmowi i poświęceniu, gdzie nie było miejsca dla słabych. Sparta, która jest zaprzeczeniem demokracji, uosobieniem despotyzmu, państwem którego wkład w rozwój kultury i sztuki był znikomy i zdecydowanie najmniejszy z wszystkich greckich polis. Widać marzenie o pięknym, doskonałym i niezwyciężonym człowieku jest ciągle żywe, tylko skrywa się za płaszczykiem hipokryzji dzisiejszych czasów. Ironicznie powiem, że bohaterami podobnego filmu mogliby zostać żołnierze Waffen SS, fanatyczni, oddani sprawie, często walczący z większym poświęceniem i bohaterstwem niż Spartanie pod Termopilami, a i zapomniałem nierzadko przystojni mężczyźni. Wypisz wymaluj Spartanie XX wieku.

"Geniusz zwycięstwa" autorstwa Adolfa Wampera - typowy przykład sztuki III Rzeszy


"Denkmal der Arbeit" - "Monument pracy" - kolejny przykład rzeźby okresu III Rzeszy


wystawa w Haus der Deutschen Kunst (Domu Sztuki Niemieckiej) - kolejne przykłady ekshibicjonistycznej sztuki III Rzeszy

Podsumowując, bardzo ciekawy film dający do myślenia, czego wynikiem jest ta recenzja. Pisząc ten teks nie starałem się być obiektywny, subiektywizm pozwala nieraz bardziej dogłębnie spojrzeć na dany problem i sprawić, że klapki z oczu spadną odsłaniając prawdziwą i często niezbyt strawną prawdę. Oczywiście dbanie o wygląd jest ważne ale jeżeli staje się "kultem ciała" to już jest niedobrze. Nie może to być celem życia i głównym miernikiem otoczenia. Miernikiem otoczenia powinna być osobowości człowieka. Bardzo dobre kino, moja ocena: 8/10



środa, 5 maja 2010

Sd.Kfz 251/7 Ausf.D Pionierpanzerwagen - Dragon Armor 1:72

Dzisiaj, po wcześniejszych dwóch czołgach i dziale samobieżnym przyszedł czas na transporter opancerzony piechoty. Sd.Kfz 251 to standardowy transporter opancerzony niemieckiej armii, okresu II Wojny Światowej. Wprowadzenie tego pojazdu na uzbrojenie Wehrmachtu oraz Waffen-SS w znaczącej mierze przyczyniło się do rozwoju elitarnych jednostek grenadierów pancernych. W czasie wojny zbudowano około 14,5 tys. pojazdów wszystkich wersji, produkcję prowadzono w kilku zakładach na terenie Niemiec: Hanomag, MNH, Schichau, Wumag, Westerhutte i Borgward. Pojazd potocznie nazywano Hanomagiem od nazwy zakładów Hanomag (Die Hannoversche Maschinenbau AG Hanomag z siedzibą w Linden, obecnie dzielnicy Hannoveru). Model wyprodukowany przez firmę Dragon przedstawia pojazd w wersji Sd.Kfz 251/7 Ausf.D czyli wóz saperski z 7-8 osobową załogą (standardowa wersja miała 2 osobową załogę i 10 żołnierzy desantu). Wersja saperska pojazdu przewoziła dwie kładki szturmowe służące do pokonywania szerokich rowów oraz sprzęt saperski. Pojazd w malowaniu Dywizji Pancernej Panzer Lehr z okresu walk o St. Lo w Normandii w 1944 roku. Standardowo jak już przystało na produkty firmy Dragon, model odznacza się najwyższą jakością wykonania. Bardzo dobrze prezentuje się gąsienicowy układ jezdny, wspaniale wykonany przedział bojowy pojazdu oraz kabina kierowcy, ładnie odwzorowane karabiny maszynowe i zamocowane na burtach przedziału bojowego kładki szturmowe. Całość uzupełniają dobrze wykonane ślady eksploatacji oraz przetarcia farby w miejscach łączenia pancerza. Warto wspomnieć, że w ofercie Dragona są jeszcze inne wersje transportera Sd.Kfz 251 w różnych malowaniach. Zdjęcia robione z użyciem lampy błyskowej w celu lepszej ekspozycji detali.





czwartek, 29 kwietnia 2010

Kawasaki Ki-61 "Hien" (Jaskółka)

Po dłuższej przerwie postanowiłem dodać nowy filmik na kanale You Tube. Mój najnowszy filmik przedstawia znakomity japoński myśliwiec okresu II Wojny Światowej - Kawasaki Ki-61 "Hien". Inspiracją do jego stworzenia była kolejna już zaduma nad niebywałym bohaterstwem i odwagą oraz największym możliwym poświęceniem pilotów Kamikaze. W odmętach internetu udało mi się znaleźć kilka ciekawych zdjęć z linii montażowej a także 4 kolorowe całkiem niezłej jakości, które wykorzystałem w filmiku. Ścieżka dźwiękowa to niezwykle klimatyczny utwór - "Giant of Haiphong" (w domyśle japoński lotniskowiec w wietnamskim porcie Haiphong) autorstwa hiszpańskiego muzyka Mateo Pascuala. Ten i inne moje filmiki możecie oglądać na moim kanale YT: http://www.youtube.com/user/igorks

sobota, 24 kwietnia 2010

Kocia kołyska

Niedawno skończyłem czytać powieść Kurta Vonneguta pod tytułem "Kocia kołyska", należy ona do gatunku science-fiction, czego wcale nie można stwierdzić po pierwszych stronach. Książka opowiada fikcyjną historię Feliksa Hoenikera (szkoda, że nie Honeckera:)) konstruktora bomby atomowej oraz jego trójki dzieci a także głównego bohatera, będącego jednoczenie narratorem, Johna (Jonasza). Poznajemy również historię tajemniczej substancji (lód-9) oraz pewnej wyspy; republiki San Lorenzo rządzonej przez Papę Monzano. Główny zagadnieniem poruszanym w książce jest broń masowego rażenia, krytyka jej istnienia, krytyka nauki i uczonych jako źródła powstawania nowych narzędzi masowej zagłady, sposobu myślenia naukowców dla których człowiek jest zaledwie tłem ich badań, dla których osobista przyjemność i satysfakcja intelektualna są ważniejsze niż świat zewnętrzny. Również stworzona na potrzeby powieści substancja zwana lodem-9 jest alegorią siły nad którą trudno zapanować i która jest bardziej śmiercionośna niż broń nuklearna, łatwo jej użyć, a jej skutki są nieodwracalne. Substancja ta doprowadzi do ogólnoświatowego armagedonu w samym końcu powieści. Warto zwrócić uwagę, że książka powstała w roku 1963 czyli zaledwie rok po słynnym kryzysie kubański, kiedy świat był bliższy wojny nuklearnej niż kiedykolwiek wcześniej czy później. Wydźwięk treści jest wiec bardzo wymowny. Dodatkowo należy nadmienić, że Vonnegut będąc jeńcem w czasie II wojny światowej przeżył niszczycielskie bombardowanie Drezna "Florencji północy" w roku 1945. Wydarzenie to było osobistą traumą i odcisnęło swoje piętno na całej jego późniejszej twórczości literackiej. Vonnegut w bardzo ciekawy sposób wplótł w fabułę - bokononizm, opartą na łgarstwie i szczycącą się tym religię. Jedyne "opium dla mas" otwarcie przyznające się do mydlenia oczu swym wyznawcom. Stworzony przez Vonneguta bokononizm wydaje się wiec być ostrzem satyry wymierzonym we wszystkie religie. Jeżeli chodzi o groteskę oraz czarny humor to został on posunięty do granic możliwości co bardzo dobrze wpływa na całkowicie absurdalny i komiczny odbiór "Kociej kołyski". Polecam.


Próbka czarnego humoru:

- Jeśli to nie pan jest lekarzem "Papy", to kto go leczy?
- Jeden z moich lekarzy, niejaki doktor Schlichter von Koenigswald.
- Niemiec?
- Mniej więcej. Był przez czternaście lat w SS, w tym przez sześć lat jako lekarz obozowy w Oświęcimiu.
- Odprawia teraz pokutę w Domu Nadziei i Miłosierdzia?
- Tak - odpowiedział Castle - i robi wielkie postępy, ratując ludziom życie na prawo i lewo.
- To dobrze.
- Tak. Jeśli nadal będzie odrabiał straty z taką szybkością, pracując dzień i noc, to liczba ludzi, którym uratuje życie, zrówna się z liczbą ludzi, których wysłał na tamten świat, w roku 3010.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Aguirre, gniew boży

Dzisiaj film który niedawno sobie odświeżyłem - "Aguirre, gniew boży", film w reżyserii Wernera Herzoga, który widziałem po raz pierwszy w 2006 roku, pamiętam, że wywarł na mnie wtedy bardzo duże wrażenie, oglądając go ponownie po dłuższej przerwie mogę stwierdzić, że film nic nie stracił ze swojego klimatu, podobał mi się jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Film przedstawia historię wyprawy konkwistadorów z roku 1560/61 w celu odnalezienia legendarnego El Dorado, należy na wstępie zaznaczyć, że obraz nie jest dokładną rekonstrukcją historycznych wydarzeń ale historią raczej luźno powiązaną z prawdziwymi wydarzeniami. Ekspedycją dowodzi Gonzalo Pizarro (zmarł w 1548 roku) - jest to jedyna postać w filmie, która w rzeczywistości już nie żyła, wszystkie pozostałe postacie są jak najbardziej historyczne i związane z wyprawą roku 1560/61. Chodzi tu oczywiście o Pedro de Ursúę (który był faktycznym przywódcą całej wyprawy - w filmie jest przedstawiony jako dowódca małej wyprawy zwiadowczej wysłanej przez Pizarra), jego narzeczoną Doñe Inez de Atienzie, tytułowego konkwistadora Lope de Aguirre (w tej roli znakomity Klaus Kinski) i jego córkę oraz szlachcica Fernando de Guzmána i brata zakonnego Gaspara de Carvajala. To luźne powiązanie z faktami nie jest bynajmniej zarzutem pod adresem filmu, który nie miał być historyczną rekonstrukcją wydarzeń tylko miał na celu pokazanie pewnych ludzkich zachowań, ciemnej strony ludzkiej natury.

Pedro de Ursúa i Inez de Atienzia

Przejdźmy zatem do fabuły. Jak już wcześniej wspomniałem film przedstawia historię wyprawy Gonzalo Pizarra, której zadaniem jest odnalezienie mitycznego El Dorado. Po przekroczeniu Andów Pizarro wysyła małą, liczącą 40 osób grupę na rekonesans, jej dowódcą zostaje Pedro de Ursúa. Kłopoty zaczynają się bardzo szybko gdy konkwistadorzy tracą jedną z tratw oraz 7 ludzi. W małej grupie szybko dochodzi do nieporozumień, głównie za sprawą przebiegłego Aguirre. Gdy ekspedycja traci pozostałe tratwy w wyniku przypływu, Ursúa jest gotów wracać na piechotę do obozu Pizarra, co wcale nie jest po myśli Aguirre, któremu marzą się bogactwa i złoto El Dorado. W wyniku zdrady przejmuje faktyczne dowództwo nad grupą, jest to jednak dopiero początek popisu jego sprytu i umiejętności manipulacji. By zachować pozory wybiera na marionetkowego wodza, opasłego i próżnego szlachcica Fernando de Guzmána. Aguirre gra na najniższych ludzkich instynktach, poparcie udaje mu się osiągnąć za pomocą strachu, który budzi wśród współtowarzyszy oraz mamiąc ich bogactwami, które są jakoby na wyciągnięcie ręki. Sytuacja ta obrazuje narastającą żądzę władzy oraz bogactw, której uległ tytułowy bohater. Aguirre nie cofnie się przed niczym i nikim by spełnić swe cele, demonstruje przy tym również pychę i pewną manię wielkości, która wyraża się w przytaczaniu historii Hernana Corteza, który z garstką ludzi podbił imperium Azteków, porównując tym samym siebie do słynnego konkwistadora.

Aguirre i jego kompania straceńców

Film pokazuje jak silny może być wpływ jednostki, silnego charakteru na grupę, która podąży za nim jak ślepcy za widzącym. Główny bohater stopniowo popada w coraz większy obłęd, ciągnie swych ludzi ku niechybnej zagładzie. Bardzo podobało mi się w jaki sposób Herzog przedstawił osobowość i zachowanie ludzi z dala od cywilizacji w samym sercu okrutnej i potężnej natury, która stopniowo przez swą monotonię coraz bardziej osacza i przygnębia uczestników owej wyprawy. Pokazuje to również jak człowiek jest słaby i wątły w obliczu całej jej potęgi. Bardzo dobrym przykładem jest tu brat zakonny Gaspar de Carvajal, którego wiara jest powiedzmy sobie wątpliwa i który stara się zawsze dostosować do zaistniałej sytuacji, nie jest bynajmniej autorytetem moralnym jakim powinien być. W konfrontacji z Indianami podejmowanymi na tratwie odzywają się w nim skrajnie negatywne cechy fanatyka religijnego. Warto również zwrócić uwagę na pewien związek filmu z opowiadaniem Josepha Conrada "Jądro ciemności" oraz filmami na jego podstawie "Jądro ciemności" i "Czas Apokalipsy". W filmie Herzoga również mamy szalonych samozwańców (Aguirre i Fernando de Guzmán) owładniętych manią wielkości i żądzą władzy, takich samych jak w dwóch wyżej wymienionych filmach. Aguirre jest jednak na innym etapie, dopiero poszukuje swojej enklawy gdzie będzie mógł zdobyć bogactwa i władzę. Obydwaj z de Guzmánem chełpią się wielkością terytorium, które biorą w posiadanie, jest to jednak władza zwyczajnie iluzoryczna, realna ich władza ogranicza się jedynie do tratwy na której płyną przez nieokiełznaną rzekę, będącą otchłanią.

Wyprawa dociera do wioski ludożerców

W filmie utkwiła mi w pamięci szczególnie jedna scena, gdy zdenerwowany de Guzmán nakazuje zrzucić konia z tratwy. Myślę, że ta scena definitywnie pieczętuje późniejszy tragiczny los konkwistadorów. Koń, znakomity straszak na Indian w najgorszym razie pożywienie dla cierpiących z głodu Hiszpanów jest tu również pewnym symbolem - Aguirre patrząc z tratwy na konia który stoi na brzegu i po chwili znika w dżungli, zdaje sobie sprawę, że to już koniec, że nikt nie wyjdzie z tej wyprawy żywy, po raz pierwszy na jego twarzy uwidacznia się strach. Później jest tylko coraz gorzej, Aguirre sypie irracjonalnymi monologami jak z rękawa, szaleństwo i obłęd narasta. Indianie atakują tratwę strzałami, są zabici. Lejący się z nieba żar oraz zmęczenie i niedożywienie sprawiają, że członkowie wyprawy zaczynają chorować. Agonia ekspedycji trwa.

Piękna Helena Rojo jako Inez de Atienzia

Teraz słów kilka o hipnotyzującym klimacie tajemniczości i oniryzmu, który jest generowany przez obraz monotonnej przyrody oraz wspaniałą ścieżkę dźwiękową stworzoną przez Popol Vuh, krautrockowo-medytacyjną kapelę z Niemiec. Główny motyw muzyczny doskonale pasuje do obrazów w filmie: lasów, słońca, rzek i gór. Powtarzany wiele razy w trakcie filmu sprawia, że świadomość przenosi się bezwolnie w naładowane specyficznym niepokojem miejsca. Równie dobre wrażenie robią ciekawe kadry i ujęcia. Na najwyższe uznanie zasługuje Klaus Kinski, którego rola to jedna z jego najwspanialszych kreacji. To również za sprawą fenomenalnej gry Kinskiego trudno oderwać wzrok od ekranu, doskonale przedstawił cechy osobowości psychopatycznej, którymi odznaczał się tytułowy Aguirre.

Wyprawa Pizarra przekracza Andy

Podsumowując "Aguirre, gniew boży" to jeden z moich ulubionych filmów, hipnotyzujący klimat, studium szaleństwa i żądzy władzy oraz uniwersalna historia o poszukiwaniu utopijnego świata, zakończona klęską. Historia o człowieku, który chciał zostać królem El Dorado a został jedynie królem małp. Wybitne kino, moja ocena: 9/10.




charakterystyczny motyw muzyczny autorstwa Popol Vuh

niedziela, 18 kwietnia 2010

To rzekł Roman Zabawa

Postanowiłem zamieścić bardzo ciekawy wpis odnośnie sytuacji jaką mamy od kilku dni w kraju w związku z pochówkiem śp. Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Tekst napisany z dużą dozą ironii i sarkazmu, którego autorem jest mój znajomy z forum Total War - Roman Zabawa. Pragnę serdecznie podziękować Romanowi za możliwość zamieszczenia na moim blogu tych jakże ciekawych rozważań.


Stwierdzenie, że śp. Kaczyński mógł mieć jakąkolwiek pozytywną cechę charakteru jest poważną myślozbrodnią. Wiadomo, że zmarły prezydent był niski, mlaskał, miał źle zawiązane buty i szereg innych mankamentów politycznych, które wykluczają posiadanie programu politycznego. Dlatego mężem stanu jest np. Churchill, który był wysoki, dobrze zbudowany i wspaniale odbierany przez ówczesne europejskie elity (zwłaszcza w 1940r.). Tymczasem Lech Kaczyński stale kompromitował nas na arenie międzynarodowej, a twierdzenie że Zachód nie interesi to jak zawieszona jest flaga na prezydenckiej limuzynie jest kolejną myślozbrodnią. Wśród "młodych, wykształconych, z wielkich miast" powszechnie wiadomo, że każdy Francuz, Jamajczyk czy Eskimos od 2005r. co rano biega do kiosku po gazetę, żeby dowiedzieć się czym znowu skompromitował Polskę jej Prezydent.

Niestety TVN, które dotychczas wspaniale prowadziło kampanię uświadamiającą społeczeństwu co ma myśleć, nagle po katastrofie pokazała, że prezydencka para była miła, sympatyczna, potrafiła się zachować i, co gorsza, spotykała się z akceptacją sporej części społeczeństwa. Poważny błąd, świadczący że wataha nadal nie jest dorżnięta i PiSowska zaraza sięgnęła Grenady.

Ciekawe ile osób popełni bądź już popełniło następną myślozbrodnię, że skoro zmarły prezydent był przedstawiany tylko negatywnie, a potrafił się dobrze zachowywać, to z tymi poglądami, kompromitacjami i błędami może być podobnie? W każdym razie ja niniejszym pozwolę sobie "pozbrodniować".

Od pewnego momentu do arsenału dyplomacji wkroczyła polityka historyczna. Właśnie dzięki niej Niemcy z roli agresora w II WŚ powoli, systematycznie przekształcają się w ofiary. Skuteczny instrument. Nie sądzę, żeby Lech Kaczyński wprowadził go świadomie. Bardziej wpłynęło tutaj patriotyczne wychowanie. Jednak dzięki temu w końcu zaczęto doceniać bohaterów Powstania Warszawskiego czy też usłyszano na świecie o Katyniu. Do momentu założenia Muzeum PW, w czym Zmarły miał udział, Powstanie lekceważono, czego symbolem było przepędzenie weteranów spod PASTy przez ochronę banku mającego tam obecnie swoją siedzibę. Rzecznik tej instytucji miał jeszcze czelność oświadczyć, że zdjęcie polskich flag wiąże się z wewnętrznym regulaminem zakazującym wieszania bannerów nie należących do banku (!).
W dobie globalnych mediów nic nie działa mocniej niż Katyń. Widok rozstrzelanej elity jest sugestywniejszy dla rządzących innymi państwami niż wszelkie raporty i analizy. Wskutek katastrofy samolotu prezydenckiego w końcu dotrze ona na cały świat. Nawet śmiercią śp. Prezydent oddał krajowi przysługę.

Podkreślano w mediach, że Prezydent ciągle się kłóci (swoją drogą ciekawe, jak w takim razie w tragicznym locie wzięli udział np. szef IPN i zwalczający IPN Rybicki?) i jakie to jest passe. Wbijano do głowy, że w dyplomacji najlepsza jest doktryna zmarłego Geremka - cokolwiek się dzieje, ładnie się uśmiechaj i udawaj, że to nie plwociny, a deszcz. Tymczasem polityka to brutalne, nieprzebierające w środkach targi. Vaclav Klaus czy Irlandia pokazała, że warto być stanowczym. Na ich tle Lech Kaczyński wypada blado - jego eurosceptycyzm opierał się ledwie na gestach i poczuciu honoru, że ustalonych reguł się nie zmienia (odmawianie złożenia podpisu wobec veta Irlandii). Nie uzmysławiał sobie, że skoro brukselskie urzędasy od lat przepychają konstytucję, łamiąc opór wszelkimi metodami to UE nigdy nie stanie się Europą Ojczyzn, prędzej czy później powstanie megapaństwo, zetatyzowane, ingerujące w życie obywateli i niezdolne do jakiejkolwiek konkurencji z innymi ośrodkami.
Jednak na tle ogólnego przekonania jakie to dobrodziejstwa wyświadcza nam Unia, gotując zupę na gwoździu (czyli oddając nam część składek w procesie zwanym pozyskiwaniem funduszy unijnych), nawet taka pseudokrytyczna postawa jest wielkim krokiem w dobrą stronę.

Trudno też nie zauważyć, że honorowe prowadzenie polityki zagranicznej jest wprost zaczerpnięte z tradycji powstańczej. Z tego samego nurtu czerpali piłsudczycy. Można zresztą powiedzieć, że cały PiS to inkarnacja sanacji. Organizacyjnie od Sasa do lasa, od lewicy po prawicę. Od sympatyzującego Bugaja po uciekinierów z UPR. Cel programowy to oczyszczenie państwa. W dyplomacji dla honoru nie oddamy ani guzika, a ceną będzie likwidacja państwa... No to co, bierzemy łopatki i idziemy na Wawel wykopać np. Kościuszkę? Czy może jednak zgodzimy się, że na Wawelu wieczny spoczynek znajdzie ideowy spadkobierca już tam spoczywających?

Z koncepcji Piłsudskiego bierze się też cała polityka wschodnia śp. Kaczyńskiego. Jest ona tak samo słuszna i tak samo nieudolna. Bo oczywiste jest, że dla państw leżących między Rosją a Niemcami, ścisła współpraca jest niezbędna do zachowania niepodległości i wolności. Stąd wyprawa gruzińska, tak krytykowana w kraju, była właśnie wielkim sukcesem (może stąd to ośmieszanie?). Gruzja zachowała wolność, rozwija się (ale elektorat smsowy "wie" lepiej) i cały czas jest otwartym frontem dla imperializmu Federacji Rosyjskiej. Rosja natomiast, wskutek trwonienia pieniędzy w imperialne złudzenia, brak inwestycji strukturalnych i fatalnej demografii staje się kolosem z gliny (nogi miała już za ZSRR). Stąd bierze się złagodzenie polityki FR względem Polski. Czyli stawianie na Gruzję i bycie twardym w negocjacjach opłaciło się. Teraz wyobraźmy sobie, gdyby Putin położył rąsie na Gruzji, o ile gorszą mielibyśmy sytuację geopolityczną.
Twardość w kontaktach z Rosją niestety nie była stosowana w relacjach ze strategicznymi partnerami. Ustępstwa wobec Ukrainy i Litwy, płynne umowy z USA wobec wiszącej w powietrzu zmiany na Kapitolu (PO storpedowało tarczę, fakt, ale to było pewne, tym bardziej trzeba było się spieszyć). Potencjalni sojusznicy równorzędni do Polski wkładają sobie palce w kontakt i nie chcą wiedzieć co jest dla nich dobre, ich prawo. Tym bardziej trzeba było wykazać stanowczość, a nie przymykać oczy na Banderowców czy represje litewskie.
Z kolei opieranie całej siły na USA, gdzie prezydentura Busha z dużym prawdopodobieństwem sprzyjała wybraniu kandydata Demokratów i UE, która w konflikcie Polska - Rosja wybierze tą drugą, a przynajmniej nie narazi się FR, no cóż to już naiwność nawet nie w stylu Piłsudskiego, ale Becka. Nazywanie tego koncepcją jagiellońską to taki sam dowcip, jak mówienie o niemieckim wasalu Tusku, że prowadzi równorzędne negocjacje ze swoim suwerenem. Jagiellonowie, jacy by oni nie byli, uprawiali politykę międzynarodową w oparciu o siłę SWOJEGO imperium, a nie obcego, do tego na drugim krańcu globu (niby Tony Blair kombinował podobnie, ale przecież - też się przejechał).

Zmarły miał sporo wad, a wszystkie zawierają się w romantyczny stylu prowadzenia dyplomacji. Śp. Kaczyński nie potrafił wyrwać się z uwarunkowań oddziałujących na polskie elity, ale jednocześnie jest najwybitniejszym przedstawicielem tych elit. Wypracował wraz z bratem (wiadomo kto bardziej, ale nie sądzę, żeby Jarosław przemocą narzucał) spójną doktrynę mającą swoje źródło z romantycznej, powstańczej, sanacyjnej tradycji. Kształtował ją od walki w podziemiu, przez początek III RP, pracę w Najwyższej Izbie Kontroli i warszawską prezydenturę. Nie podoba mi się w całości, w części mógłbym się na siłę zgodzić, ale nie mogę nie zauważyć, że na polskiej scenie politycznej nie ma innej postaci, która w ostatnim dwudziestoleciu prezentowała by program na dłużej niż jedną kadencję.
Bo kto inny? Wraz ze śmiercią Jana Pawła II umarła papieska wizja partnerskiej współpracy Niemiec z Mittleeuropą (drugi zjazd gnieźnieński). Donald Tusk? Z roli niemieckiego wasala też można wyciągnąć korzyści, sęk w tym, że Słońce Peru nie wychodzi poza utrzymywanie wskaźnika popularności na wysokim poziomie. Michnik zapiekł się w antykaczyźmie na dobre. Neodmowszczyzny nie posiadamy, bo twierdzenie, że młody Giertych jest jej przedstawicielem to tak, jakby udowadniać Wałęsie jakiekolwiek myślenie, nie tylko polityczne.

Tak więc jaki kraj, taki mąż stanu.
Zasługuje na Wawel.

środa, 7 kwietnia 2010

Atak Sonderkommando Elbe

Kolejny wpis z kategorii "Kalendarium" oraz "Bitwy i kampanie", tym razem mało znany epizod z czasów II Wojny Światowej, dokładnie 65 lat temu, 7 kwietnia 1945 roku piloci z Sonderkommando Elbe dokonali samobójczych ataków na grupy amerykańskich bombowców. Idea samobójczych ataków polegająca na taranowaniu wrogich bombowców zrodziła się w niemieckiej Luftwaffe z inicjatywy wysokiego rangą oficera Hajo Hermanna, który przedstawił swój pomysł Goeringowi. Pomysł uzyskał aprobatę dowództwa Luftwaffe oraz samego Hitlera. Odezwę do pilotów ogłoszono 7 marca 1945 roku. Zgłosiło się aż 2000 ochotników z których wybrano 300 (piloci w wieku od 18 do 21 lat). Do ataków wybrano samoloty Messerschmitt Me-109, pozbawione większości uzbrojenia strzeleckiego oraz opancerzenia. Taktyka była obliczona na zszokowanie przeciwnika i w rezultacie wstrzymanie ofensywy bombowej nad Niemcami na okres 4 do 6 tygodni co pozwoliłoby na wprowadzenie do służby od 250 do 350 nowoczesnych myśliwców odrzutowych Messerschmitt Me 262. Atak zaplanowano na 7 kwietnia 1945, celem miała być grupa licząca 1300 amerykańskich bombowców, które tego dnia pojawiły się nad Niemcami. Sonderkommando Elbe przeznaczyło do ataku według różnych danych od 120 do 180 samolotów. Samoloty niemieckie wzbiły się w powietrze, co jakiś czas w kabinach rozlegał się z radia kobiecy głos przypominający o celach misji oraz wzywający do pomszczenia cywilnych ofiar nalotu na Drezno. Pierwszego ataku dokonał Uffz. Heinrich Rosner, który wbił swojego Me-109 w kadłub B-24 "Palace of Dallas" z 389 Grupy Bombowej. Kolizja była tak silna, że Messerschmitt Rosnera uszkodził jeszcze drugi bombowiec B-24. Z "Palace of Dallas" uratowało się zaledwie 3 z 11 członków załogi, z drugiego bombowca zaledwie 2 z 11, Rosner wyszedł z kolizji bez szwanku i na spadochronie powrócił na ziemię. Kolejnych skutecznych ataków dokonali:

- Fhr. Eberhard Prock zniszczył bombowiec B-17 z 452 Grupy Bombowej, sam został zestrzelony przez amerykańskiego Mustanga gdy opadał na spadochronie na ziemię.
- Fw. Reinhold Hedwig zniszczył B-17 z 452 Grupy Bombowej, przypłacił to życiem.
- Uffz. Werner Zell zniszczył jednego B-17 (452 Grupa Bombowa) i jednego uszkodził (100 Grupa Bombowa) - sam odnosząc poważne rany.
- Obfw. Werner Linder zniszczył B-17 z 388 Grupy Bombowej, - zginął w akcji.
- Ogfr. Horst Siedel zniszczył B-17 z 452 Grupy Bombowej, - zginął w akcji.
- Lt. Hans Nagel zniszczył B-17 z 490 Grupy Bombowej, - zginął w akcji.
- Heinrich Henkel zniszczył B-24 "Sacktime" z 467 Grupy Bombowej, - na spadochronie powrócił na ziemię.
- Uffz. Klaus Hahn uszkodził B-17 z 487 Grupy Bombowej, - sam został wcześniej ranny w ramię w wyniku walki z 4 Mustangami, po staranowaniu bombowca udało mu się na spadochronie bezpiecznie powrócić na ziemię.

Hajo Hermann - pomysłodawca samobójczych ataków.

Pomimo kilku sukcesów misja z którą Luftwaffe wiązała duże nadzieje zakończyła się niepowodzeniem. Aż 47 samolotów przeznaczonych do samobójczego ataku zostało zestrzelonych przez myśliwce eskortujące nim zdołały wykonać taranowanie. Dowództwo lotnictwa amerykańskiego nie przyznało, że ataki samobójcze były celowym działaniem. W oficjalnym raporcie wszystkie przypadki taranowania przypisano działaniu martwych pilotów Luftwaffe. Dodatkowo Amerykanie uznali, że w wyniku akcji Sonderkommando Elbe utracono zaledwie 8 bombowców, rejestry niemieckie mówią jednak o 22-24 zniszczonych bombowcach amerykańskich.